W podziemiu
W poniedziałek, 14 grudnia, wcześnie rano przedostałem się do swojej kopalni. Zwołałem szybko Komisję Zakładową, a zaraz potem w dużej sali odbyło się spotkanie załogi. Większością głosów podjęliśmy uchwałę o ogłoszeniu strajku okupacyjnego. Część ludzi była mu jednak przeciwna. Wspierali mnie mocno mój zastępca, nieżyjący już Bolesław Nakielny i Krzysztof Jodłowski oraz Sylwester Jachowicz. Cały teren kopalni został zablokowany, tuż za bramami utworzyliśmy barykady z koparki i spychacza. Rano ksiądz z parafii św. Mikołaja odprawił dla nas Mszę Sw. na dużej sali. To podniosło trochę ludzi na duchu. O godzinie 10 rano zaczęli z nami pertraktować wojskowi, byli też mocno wystraszeni, bo pod ziemią mieliśmy 3 tony dynamitu. Rozpuściliśmy wtedy plotkę, że jak nas zaatakują, to wysadzimy kopalnię w powietrze. Oczywiście była to bujda, gdyż od razu zabezpieczyliśmy magazyn z materiałami wybuchowymi. Uzgodniliśmy, że rotacyjnie jedna zmiana załogi pójdzie do domu po prowiant i umyć się, a po jej powrocie druga zrobi to samo. Puściliśmy też kobiety z administracji. W momencie, gdy część ludzi poszła, nastąpił atak. Jak ludzie zobaczyli wojsko i milicję, zaczęli panikować. Najpierw przez mur przeskoczyła kilkudziesięcioosobowa grupa uderzeniowa. Szybko opanowali różne pomieszczenia większość z nich zdewastowali. Pracownicy nie stawiali oporu, kilku ludzi zostało jednak pobitych. Większość załogi, ok. 250 osób, zaczęło się koncentrować na dużej sali. Po pewnym czasie grupa uderzeniowa wycofała się, a na teren kopalni wkroczyło ZOMO. Dowodził nim, o ile dobrze pamiętam, pułkownik Ceglarski. Zaczęła się selekcja ludzi na tych, których można wypuścić. Odbywało się to na podstawie wcześniej przygotowanej listy.
W grupie internowanych znalazł się Bolesław Nakielny. Potem z domu wzięli jeszcze Teofila Wojeiechowskiego. W pierwszym momencie dołączono mnie do grupy przeznaczonej do zatrzymania. Zostałem skuty i wepchnięty do „suki” z dwoma milicjantami. Zaczęli mnie straszyć, że pojadę na „białe niedźwiedzie”. Jednak po godzinie, gdy już wszystkich rozdzielili, wróciłem do sali. Tam pułkownik odczytywał dekret o stanie wojennym, potem zadawano mu pytania. Następnie zrobili taki szpaler do bramy i każdego indywidualnie legitymowali. Jeszcze kilku ludzi zatrzymali, a reszcie kazali się rozejść. Byłem przekonany, że mnie zgarną, tymczasem kazali mi iść dalej. Wyszedłem za bramę i kilkaset metrów poniżej kopalni spotkałem się z chłopakami. Uzgodniliśmy, że od jutra będziemy znowu strajkować. Nagle dobiegł do nas kolega i krzyczy „Józek, sp…, bo chcą podłogą za Tobą zrywać!”.
Okazało się, że na liście pułkownika Ceglarskiego była wpisana „Józefa Mroczka”, więc szukali dziewczyny. Od początku było widać, że dowodzę strajkiem więc mnie wzięli do „suki”. Ale gdy nie znaleźli mnie na liście, wypuścili za bramę. Gdy podchodziłem do domu, bo chciałem zabrać jakieś rzeczy, aby iść z powrotem do huty, gdzie jeszcze trwał strajk, zobaczyłem w moim pokoju zapalone światło i jakieś osoby. To mnie uratowało. Gdyby nie zapalili światła, zostałbym schwytany. Wycofałem się, ale nic bardzo wiedziałem, co dalej robić,