Protest w L.O.
Atmosfera rozgorączkowania, ba, nawet można użyć słowa „rozpolitykowania” bocheńskiej młodzieży” narastała wraz z wydarzeniami, związanymi z pierwszymi demonstracjami solidarnościowymi po ogłoszeniu stanu wojennego – najpierw w Krakowie i Nowej Hucie 1 i 3 maja 1982 r. a następnie już w Bochni 31 sierpnia tego roku, gdy załoga ZPH, po zakończeniu pracy, przeszła w pochodzie do kościoła św. Mikołaja w towarzystwie licznych mieszkańców miasta, którzy po drodze dołączali do demonstracji.
Echa tych wydarzeń odbijały się głośnym echem w wielu bocheńskich domach, nic więc dziwnego, że wpływały na wyobraźnię młodych ludzi, którzy postanowili udowodnić, że w swym patriotyzmie i odwadze nie są gorsi od dorosłych.
Okazja nadarzyła się dość szybko. 13 października 1982 roku został ogłoszony dniem cichego protestu we wszystkich polskich szkołach. W związku z niniejszym grupa licealistów, głownie uczniów klas starszych – trzecich i czwartych, postanowiła zorganizować protest w Liceum Ogólnokształcącym im. Króla Kazimierza Wlk. Protest miał polegać na przyjściu tego dnia do szkoły w ubraniu, którego przynajmniej jeden element miał wyrażać żałobę (np. czarna bluza) oraz masowym powstrzymaniu się od rozmów na tzw. długiej przerwie o godz. 10.45. Nawet i te, oględne z dzisiejszego punktu widzenia, formy protestu budziły obawę o reakcję ze strony władz szkolnych ze względu na objęcie 1 września funkcji dyrektora szkoły przez zadeklarowanego komunistę i ateistę, Jana Makurata z Brzeska.
Wydarzenia z tego dnia przeszły jednak najśmielsze oczekiwania organizatorów. Młodzież, dzięki szeptanej propagandzie zachowała się wspaniale – wiele osób przyszło ubranych w całości na czarno, inni mieli różne, wykonane wcześniej w domu emblematy – wpięte w klapy oporniki, czarne wstążeczki, harcerze przyszli w mundurach, na których krzyże harcerskie mieli przesłonięte kirem. Godzina próby przyszła jednak z nadejściem długiej przerwy. To był niesamowity widok – 8 klas, bo tyle wtedy uczyło się godzinach dopołudniowych, wyległo na korytarz, ale nie słychać było nawet szeptu. Szkoła wyglądała jak wymarła mimo, że w jej murach przebywało ok. 400 osób! Nawet ta cześć uczniów, która nie przyłączyła się do protestu (bo byli i tacy) podporządkowała się woli większości i wyszła na zewnątrz. Zdezorientowani nauczyciele zamknęli się w pokoju nauczycielskim, pewnie by nie być posądzonym o sprzyjanie „antysocjalistycznemu zachowaniu” się młodzieży. Z korytarzy zniknął też sam Makurat.
Ileż dumy wlało się w serca tych młodych ludzi, gdy spostrzegli, że jednak można pokazać, co się myśli i czuje i nie trzeba do tego żadnych wielkich środków! Ot, wystarczy jedność i wola wspólnego działania. Oczywiście, zgodnie z obawami reakcja dyrekcji była. Makurat nie wiedział, kto krył się za protestem, dlatego uderzał na ślepo. Najbardziej zagrożonym uczniem był Krzysztof Tomkiewicz, który tego dnia przyszedł do szkoły w mundurze harcerskim (był drużynowym jednej z drużyn) i „wpadł” w oko dyrektora, który bardzo chciał widzieć w nim inspiratora całego zajścia. Został wezwany na dywanik, gdzie zagrożono mu relegowaniem ze szkoły i niedopuszczeniem do matury (był w klasie maturalnej). Chłopak wytrzymał to dzielnie, nie złamał się, oczywiście maturę zdał, a dzisiaj jest wysokim oficerem wojska i cenionym fachowcem WAT w Warszawie.
Prawdziwych organizatorów protestu nie udało się Makuratowi ujawnić i w późniejszych latach zapisali oni jeszcze niejedną, piękną kartę w historii bocheńskiego antysocjalistycznego „knucia”. Jednakże ze względu na obawy o los uczniów z pierwszych klas, którzy przyszli do szkoły w godzinach popołudniowych, odwołano kolejny, zaplanowany na drugą „długą” przerwę milczący protest, chociaż pierwotnie i taki był planowany.
Uczestnik – wtedy piękny i młody, dzisiaj tylko piękny:)