KURIEREK nr 116 |
Tymczasowa Komisja Wykonawcza NSZZ „SOLIDARNOŚĆ” w Bochni |
Bochnia – Brzesko – Dąbrowa Tarnowska, data wydania 15.12.1988 nr 116 |
Jerzy Orzeł
Siedem lat temu
Jest sobota 12 grudnia 1981 roku. Wieczór jest chłodny, z lekka pada śnieg. W całej Polsce pogotowie strajkowe, w Gdańsku obraduje Komisja Krajowa. Pełnię dyżur w Delegaturze NSZZ „Solidarność” w Bochni przy ul. Kazimierza Wielkiego. Coś wisi w powietrzu, ostatnie teleksy w południa podnoszą temperaturę. Wymarsz wojsk ze Szczytna, czołgi i pojazdy opancerzone na drogach to ostatnie wiadomości. Odzywa się teleks – podają uchwały z obrad KK. Najpierw ogólne, zaczynam się denerwować – kiedyż wreszcie konkrety? Nagle teleks zatrzymał się. Kręcę z powrotem Warszawę, skąd podawali uchwały – cisza, Kraków – cisza, Gdańsk – cisza. Próbuję telefonicznych połączeń kierunkowych – cisza. Otrzymuję dwukrotne błyskawiczne połączenie z Brzeskiem – pani na poczcie jest podenerwowana. Co się dzieje? – pyta. Odpowiadam, że nie wiem.
Zamykam delegaturę i udaję się do zakładu pracy. Lekko prószy śnieg. Na postoju taksówek pustki, tylko jakiś niedopity imprezant mruczy coś pod nosem. Podjeżdża kolega i podwozi mnie do huty. Próbuję połączyć się teleksem zakładowym z kimkolwiek, ale bez skutku. Bezpośredni telefon krakowski Budostalu też nie działa. Informuję kolegów na hali o sytuacji, kilku z nich przychodzi do Komisji Zakładowej. Napięcie sięga zenitu kiedy udaje mi się dodzwonić do „S” HiL na ustalony wcześniej telefon awaryjny przez bezpośrednie łącze huty. Słyszalność jest bardzo słaba, udaje mi się tylko zrozumieć, że aresztowano część członków Zarządu Regionu Małopolska i działaczy HiL oraz, że w hucie trwa już strajk.
Na szczęście telefony w Bochni jeszcze są czynne więc ściągam na zakład wszystkich zagrożonych aresztowaniem, a także kierowniczkę stołówki i dyrektora zakładu. Rozpoczyna się strajk okupacyjny na obydwu wydziałach. W niedzielę zostaje odprawiona msza św. w zakładowej świetlicy. Dochodzą następne zmiany, do zakładu wjeżdżają autobusy MPK gdyż kierowcy, których jest niewielu, czują się zagrożeni. Chodzimy po hali i tłumaczymy ludziom, co się dzieje. Odbywają się zebrania informacyjne. Radio i telewizja podają tylko komunikaty. Słuchamy trochę radia, bo przynajmniej nie widać zhańbionego tą sytuacją munduru żołnierza polskiego. Przychodzą koledzy z innych zakładów pracy, które w niedzielę nie pracują, niektórzy są załamani i psychicznie rozregulowani, ale większość pozostaje sobą.
Niedziela i noc z niedzieli na poniedziałek mijają spokojnie. W poniedziałek przychodzi zmiana dzienna. Znów zebranie informacyjne i najnowsze wiadomości z różnych części kraju. Po południu komitet strajkowy przenosi się na halę ze względu na możliwość pacyfikacji. Po południu, a w zasadzie wieczorem wizyta delegacji wojskowych, ubeków i komisarza. Podają ultimatum: przerwać strajk i rozejść się do domu. Żądanie to zostaje odrzucone przez strajkujących. Nadchodzi wtorek 15 grudnia. Ludzie zaczynają odczuwać zmęczenie, niektórzy z nich są na zakładzie czwarty dzień. Śpią na halach, szatniach, kantorkach, gdzie się da. Rodziny donoszą jedzenie.
Nadchodzą wiadomości o przygotowywanej pacyfikacji. Koło południa większość znajduje się na hali. Zostają uruchomione suwnice i kilkutonowymi krążkami zablokowane drzwi wejściowe. Odzywa się przeraźliwy dźwięk syreny, a więc są – to umówiony znak, że weszli. Wszyscy gromadzą się koło kantorka, gdzie zamontowany jest głośnik. Ktoś wziął mikrofon i rozpoczął modlitwę. Za chwilę telefon od dyrektora z żądaniem dowództwa pacyfikacji, aby opuścić halę. Przekazuje to żądanie zgromadzonym i przeprowadzam głosowanie: prawie wszyscy są za pozostaniem. Po chwili pada propozycja, aby umożliwić wyjście kobietom, niektóre z kobiet protestują, ale większość jest za, dzwonię do dyrektora z tą propozycją, otrzymujemy po chwili wiadomość, że kobiety mogą wyjść bramą koło walcarki, część wychodzi, część zostaje. Otwartą bramą wchodzi ZOMO i otacza nas. Trwają modlitwy. Dowodzący usiłuje przekrzyczeć modlących się, ale nie odnosi to skutku. Ktoś zaintonował „Jeszcze Polska…” i ze ściśniętych gardeł popłynęły dalsze słowa hymnu narodowego.
Po hymnie znów modlitwy, dowództwo usiłuje krzyczeć coś do nas, ale nie słychać. Prowadzący modlitwę zwraca się przez mikrofon: „Módlmy się, aby Matka Boska zdjęła blachę z oczu interweniującym, by przejrzeli i odstąpili od swych czynności”, „Zdrowaś Mario…” Pan porucznik nie wytrzymał, przedarł się przez tłum do mikrofonu, odepchnął prowadzącego modlitwę, pogroził pistoletem i zaczął nawoływać do rozejścia się. Cisza. Ponowny apel o rozejście się – cisza. Gdzie wasi przywódcy? Podchodzę do kantorka – jestem – odzywam się. Krótka rozmowa – albo się rozejdziecie albo siłą. Biorę mikrofon i zwracam się do ludzi: „uważam, że w tej sytuacji powinniśmy się rozejść, ale decyzję pozostawiam wam”. Ktoś z tłumu krzyknął „zdrajca”, ludzie zaczęli się rozchodzić. Mnie wraz z Oleksińskim, v-ce przewodniczącym, zaprowadzono do samochodu. Przez włączony radiotelefon usłyszałem: „Meldunek do kapitana „K” (czyż innego kryptonimu nie mogli wymyślić?) – akcja zakończona, zatrzymano trzy osoby”. Któż jest ten trzeci? – chodziło mi wówczas po głowie.
Okazał się nim I-szy sekretarz PZPR, Klassa, popierający strajk. W sumie ze strajku aresztowano i skazano pięć osób: Witold Bawolski 4 lata, Jan Klassa 3 lata, Eugeniusz Oleksiński 3 lata, Jerzy Uczkiewicz 3 lata i Jerzy Orzeł 4.5 roku pozbawienia wolności. Ponadto internowani zostali: Stanisław Kurnik, Krzysztof Szwiec, Stefan Jurczak i Jerzy Trytko. Represje dotknęły także pracowników innych bocheńskich zakładów pracy. Po rozbiciu strajku w kopalni soli został zatrzymany Teofil Wojciechowski, którego najpierw internowano, a później postawiono w stan oskarżenia. 3 miesiące przesiedział w areszcie pracownik RBDiM – Wacław Niemirski, również zatrzymany na początku stanu wojennego. Na szczęście nie zdołano aresztować czy internować wszystkich – uniknęli zatrzymań pracownicy delegatury „S” w Bochni Zbigniew Dulęba i Władysław Piecuch oraz działacz „S” z kopalni soli – Józef Mroczek.