Górniku bocheński – jaki jesteś?

O górnikach od stanu wojennego do sierpnia br. w polskim świecie pracy było cicho, bardzo cicho. Na pielgrzymkach robotniczych na Jasnej Górze nie zauważano ich, co najwyżej pod wstydliwie wystawionym proporczykiem z nazwą kopalni gromadziło się nie więcej niż 2-5 osób. Patrząc na nich mówiliśmy: „kupiła ich komuna dużymi poborami, tworząc z nich arystokrację robotniczą, innych górnoślązaków skutecznie zastraszając”. W regionie tym było cicho, władza płaciła i cieszyła się z odizolowania tej robotniczej metropolii od niepokornych: Gdańska, Krakowa czy Wrocławia.
Aż nagle olbrzymia niespodzianka: w sierpniu na flagowej kopalni „Manifest Lipcowy” w Jastrzębiu wywieszono sztandar narodowy i transparent z napisem „STRAJK”. Stanęli ku zdumieniu całej Polski. Stanęli, gdyż mieli swoje powody. Jak przed 1980 r. upodlenie górnika było w świecie pracy największe, tak teraz dyrektorzy nie dawali górnikom do jedzenia siana, ale dużo do tego nie brakowało.

W górnikach odezwała się zraniona, podeptana godność osobista i te ciągłe, żałobne jęki dzwonków, odprowadzające ich kolegów na miejsce wiecznego spoczynku, te liczne wypadki powodujące trwałe kalectwo z powodu „tąpnięć”, maskujących więcej niż rabunkową gospodarkę zasobami, brak elementarnego bezpieczeństwa pracy. Życia w godności i zdrowiu nie okupi się pieniądzem, marchewka, której towarzyszy świszczący bicz.
Strajkowy protest górników, tłumiony w perfidny sposób przez ZOMO i dozór, rozpowszechnił się błyskawicznie. Strajki te, organizowane przez działaczy NSZZ „S”, znalazły posłuch przede wszystkim u młodszych, ideowo nastawionych górników. Przystępując do protestu nie znali Związku, gdyż w latach 1980-81 byli jeszcze dziećmi. Ze strajku wychodzili jako najbardziej zagorzali jego zwolennicy.

A jak było i jest  w Bochni? Strajk tutaj przeszedł bez echa, chociaż istniała dostateczna przyczyna do niego – negatywna reorganizacja płac. Nie stanęli, bo kto miał ich zorganizować? Przewodniczący wroniego związku P. Żaba jest człowiekiem bez godności, honoru i własnego zdania, ustawicznie przesiadujący w antykamerze dyrektora, czekający na jego skinienie, gotowy zrobić wszystko, by zadowolić byle grymas szefa. Stara „solidarnościowa” komisja jest rozbita i nie przejawia żadnej działalności. Przewodniczący J. Mroczek po kilkuletnim ukrywaniu się nie został przyjęty do pracy, mieszka poza Bochnia. E. Dyląg, przeniesiony karnie do kopalni Siedlec za podpisanie strajku w grudniu’81, przestał zupełnie interesować się sprawą, za którą kilka dni przetrzymywano go w Załężu.

B. Nakielny, mający zawsze własne zdanie, choć przeciwny grudniowemu strajkowi, jako jeden z trzech podpisał się pod jego proklamacją, a później, mimo kategorycznych żądań, nie zdjął plakietki „S”, znajdującej się w naczelnym miejscu w samochodzie, już nie żyje.
Następni – A. Frankowicz, nominowany w stanie wojennym przez dyr. Urbana na przewodniczącego samorządu kopalni, nie wykazał się spodziewaną przez załogę działalnością, następnie wyjechał na saksy na kilka lat, po powrocie zwolnił się z pracy. J. Kowalski, niestety załamał się, wstępując do wroniego związku, znęcony stanowiskiem sztygara oddziałowego szybów. R. Wełna – zastraszony, bojący się własnego cienia, już na początku stanu wojennego wyrzekł się swego Związku i z pokorą przyjął rzuconą w 1981 legitymację PZPR. I wreszcie gracz renegat J. Freudenheim, który na skutek walki samorządu z dyrekcją awansował na dyrektora technicznego.

W czasie jawnej działalności „S” był „uchem” dyr. Urbana, wprost z posiedzeń Komisji szedł z ciepłymi jeszcze wiadomościami do gabinetu dyrektora, a podczas grudniowego strajku rozdzielał z dyrekcją przydział samochodów, oczywiście nie zapominając o sobie. Jest jak chorągiewka na wietrze, w każdej sytuacji umie łapać wiatr w swoje żagle, zdradzając i sprzedając przy tym osoby, przekonania /czy w ogóle takowe posiada?/ Jest typem człowieka, co za zysk, szczebel kariery potrafi bez skrupułów sprzedać swego brata. Wstyd mi przyznać, że taki człowiek miał w swoim mandacie mój głos. Tak, ci ludzie w żaden sposób nie są zdolni poderwać załogi.
A załoga jest w większości młoda, co prawda nie czytająca bibuły, kolportowanej do kopalni w małej ilości i mimo, że nie rozpoczęto tu jeszcze akcji ponownego werbowania na członków NSZZ „S” /w ZPH zgłosiło akces już ponad 700 osób/, to wierzę w górników, wierzę w ich młodość i ideowość. Górnicy węglowi także nie czytali bibuły, byli dalecy od naszego Związku, a jednak… Bo nastrojów społecznych nie można zakodować do komputera, one dojrzewają, ale nie wybuchają na życzenie. Wierzę w ideowość górników bocheńskich, którzy przy odpowiedniej pracy mądrych i rozsądnych ludzi, nawet tych z zewnątrz, potrafią stanąć w ciężkich chwilach przy słusznej robotniczej, narodowej sprawie.

Głos mają nielegalni

Przedstawiamy skrót rozmowy, jaką z Januszem Onyszkiewiczem przeprowadził redaktor PRON-owskiego miesięcznika „Konfrontacje” /nr 11 z listopada 1988 r./
• NSZZ „Solidarność” oficjalnie nie istnieje. Jak Pan teraz ocenia szanse na legalizację związku, co może skłonić władze do udzielenie takiej zgody?
– Szanse na uzyskanie przez „Solidarność” legalnego statusu są chyba takie same jak z początkiem sierpnia tego roku. Nie oznacza to, że w chwili obecnej sytuacja „Solidarności” jest taka sama. Strajki sierpniowe dały sympatykom „Solidarności” poczucie siły, co owocuje szybkim rozwojem jawnych struktur Związku. Fiasko konferencji „okrągłego stołu”  gruntuje, niestety, przekonanie, że legalizacja „Solidarności” musi być wywalczona bezpośrednią akcją protestu pracowniczego, której zakończenie musi być połączone z uzyskaniem konkretnego postępu na drodze legalizacji „Solidarności”.

Zapewne zna Pan wszystkie rachunki, jakim i obciąża się legalnie działającą „Solidarność”, ten długi rejestr „błędów i wypaczeń”, z podstawowym błędem na czele, że jako związek zawodowy miała olbrzymie ambicje polityczne i dążyła do przejęcia władzy… Nie, nie załóżmy, że tak było, tzn. przyjmijmy ten język i taką prawdę. Czy „Solidarność” odrzuciwszy dość płytką formułę związków zawodowych nie mogłaby zabiegać o status partii politycznej albo stowarzyszenia politycznego?
– Zacznijmy od tego, że „Solidarność” chce być tym, czym przede wszystkim zawsze była, tj. związkiem zawodowym. „Solidarność” nie może zabiegać o status partii politycznej już choćby z tego względu, ze jest ogromnie pluralistycznym związkiem, grupującym ludzi o różnych orientacjach politycznych, których łączy przywiązanie do etosu „Solidarności”, do filozofii walki bez użycia przemocy, filozofii kompromisu, chęci służenia celom, jakie każdy ruch związkowy sobie stawia. Próba określenia „Solidarności” jako partii politycznej musiałaby doprowadzić do rozpadu „Solidarności” na kilka grup o różnych orientacjach politycznych. „Solidarność” chce funkcjonować wyłącznie jako grupa nacisku, tak jak funkcjonują związku zawodowe w krajach demokratycznego Zachodu.

Strony: 1 2 3