P – Ile naprawdę zarabiacie?

O – Niełatwo na to odpowiedzieć, bo system jest bardzo zawiły. Np. każdemu pracownikowi resortu i wszystkim członkom jego rodziny przysługuje rocznie do 15 tys. zł na remont mieszkania. Wiadomo, że mieszkania nie remontuje się każdego roku. Gdybym zgłosił, że chcę budować własny domek, dostałbym pół miliona bezzwrotnej zapomogi na mnie i na każdego członka rodziny – w moim przypadku byłoby to 2 mln. No i jest jeszcze dużo świadczeń w naturze, których nikt nie liczy – dostajemy np. za darmo kawę i herbatę. Nietrudno było dostać asygnatę na samochód – nie wiem, czy ten system zostanie utrzymany, czy będą teraz dawać wyrównanie w gotówce do ceny rynkowej, ale na pewno pracownicy MSW nie ucierpią.

P – A przydziały mieszkań?

O – To już zależy od miasta, ale rzecz jasna czekanie jest grubo krótsze od średniej. Oficerowie dostają mieszkania praktycznie do ręki i to z reguły dobre lokalizacje, nie mówiąc już o standardzie. Nie jest tajemnicą, że wyższe szarże dostają domki jednorodzinne.(…)

P – Proszę pana, skoro już mówimy szczerze niech pan powie, jak to jest z tymi nielegalnymi dochodami milicjantów? Myślę o łapówkach, wyłudzeniach pieniędzy od kierowców, których straszy się kolegiami itp.

O – Resort z tym walczy, ale sprawa jest, moim zdaniem, beznadziejna. Biorą prawie wszyscy, od góry do dołu. Na wyższych stanowiskach można dostać kilkaset dolarów za zatuszowanie jakiejś afery albo za załatwienie wydania paszportu osobie, która została przyłapana na handlu czy przemycie. Płacą spółki polonijne, płacą prywaciarze. Na dole są już tylko takie półgangsterskie szantaże i machlojki – dasz 50 tys. zł to cię puścimy, nie dasz – to oberwiesz pałą, pójdziesz do aresztu i jeszcze staniesz przed kolegium. Ile to razy wasi koledzy z prasy podziemnej wykupywali się, gdy przyłapano ich na przewozie sprzętu albo wydawnictw? Normalka…

P – Jak się walczy z tymi zjawiskami?

O – Obowiązuje reguła, żeby to załatwiać po cichu. Wywala się ludzi na zbity pysk, ale nic nie przecieka do prasy. No, chyba, że zdarzy się jakiś skandal – np. pobicie albo szantażowanie jakiegoś prominenta, syna generała czy kogoś w tym rodzaju. W milicji nie ma szans człowiek, który nie potrafi odróżnić przeciętnego szaraka od wpływowej figury.

P – Jest jeszcze wódka…

O – Oczywiście, zapomniałem o tym powiedzieć – dołowy aparat milicji jest mocno powiązany z meliniarzami, z izbami wytrzeźwień, z bimbrownikami. To ogromnie ważne źródło ubocznych zysków.

P – Dużo piją wasi ludzie?

O – Strasznie piją. Wydaje mi się, że chyba połowa to pijacy albo ludzie z pogranicza alkoholizmu. Walczy się z tym, a jednak piją coraz więcej. Taki już jest styl w tej służbie – nie pijesz, nie masz kumpli.

O – Dwudaniowy obiad w kasynie kosztuje 100-150 zł. W każdej kantynie można kupić wędliny, jakich nie widuje się na rynku – są szynki, balerony, lepsze gatunki kiełbasy. Nigdy nie brakowało czekolady, pomarańczy, piwa – co ja zresztą będę wyliczał. Zaopatrzenie w normalnych sklepach i w placówkach resortowych to dwa zupełne inne światy(…).

P – Czy istnieją też inne sklepy za żółtymi firankami, oprócz mięsnych?

O – Oczywiście – spożywcze, tekstylne, nawet obuwnicze. Istnieje coś w rodzaju państwa w państwie. Jest osobny handel, osobne lecznictwo w pionie MSW, łącznie ze szpitalami i aptekami, gdzie nie brakuje leków, mamy sieć własnych sanatoriów i to w najatrakcyjniejszych miejscowościach, działa resortowa wymiana zagraniczna – nie tak trudno dostać skierowanie na Krym albo do Bułgarii. Czy pan wie, że w samej tylko Polsce jest prawie sto ośrodków wczasowych, z reguły o wysokim standardzie? Za dzień pobytu płaci się stówę czy coś koło tego od osoby, a wyżywienie jest takie, że człowiekowi oczy na wierzch wychodzą.

P – Kupują was, a jednak, jak pan mówi sporo funkcjonariuszy słucha Wolnej Europy, niektórzy nawet prywatnie klną i mówią o władzy „oni”. Skąd się bierze ten ferment?

O – Normalny człowiek po jakimś czasie zaczyna czuć, że coś tu nie jest w porządku. Nie da się izolować aparatu MSW od kontaktów z resztą społeczeństwa – są rodziny, sąsiedzi, no więc czuje się w końcu, że jesteśmy traktowani jak parszywe owce. Jedni zamykają się w sobie i udają, że niczego nie widzą, a inni zastanawiają się, czym to się może skończyć. Wielu zdaje sobie sprawę, że może przyjść dzień, kiedy każą nam strzelać do innych Polaków. Niech mi pan wierzy, ciężko o tym myśleć…

/przedruk: PWA nr 170 z 23 XII 1988 r./

Strony: 1 2 3 4