Nie jestem miłośnikiem maratonów, dlatego coraz trudniej przychodzi mi ukryć objawy zdenerwowania, gdy gdzieś obok słyszę o „okrągłym stole”. Wywiady, deklaracje, komunikaty, polemiki – coraz trudniej poruszać się w ich gąszczu. Ale jeżeli w najnowszym numerze „Polityki” apelują /cytuję/: „jak można po 8 latach walk, nieprzejednania, ignorowania drugiej strony, milczenia lub rozmowy tylko ze swymi zwolennikami, wymagać cudu szybkiego „przezwyciężenia elementarnych nawet przeciwności?” – powiedziałem sobie: „spokojnie, Bocheński, chyba ci na górze lepiej wiedzą od ciebie. Czekałeś tak długo, jeszcze trochę wytrzymasz”. Czekam więc wytrwale i w międzyczasie, aby móc choć prowizorycznie orientować się w sytuacji zrobiłem sobie taką tabelę osiągnięć na półmetku rozmów. Co z niej wynika? Chyba najdalej posunięto się w sferze reform społeczno-politycznych. W zamian za legalizację „S” /która wydaje się być postanowiona, choć obwarowana pewnymi zastrzeżeniami/ opozycja zgadza się na współuczestnictwo w podziale władzy, wyrażające się w składzie nowego sejmu, obejmującego od 30 do 40% posłów niezależnych. Oczywiście, podział mandatów w niewybranym jeszcze parlamencie nie ma wiele wspólnego z demokracją, ale na dzisiaj to i tak jest jakiś postęp.
Szczególnie musi cieszyć prawo wysuwania kandydatów przez samych obywateli: 5 tys. podpisów ma być wystarczającą rekomendacją, aby móc kandydować w wyborach. Zachęcająco brzmią także oświadczenia o wypracowaniu przez obie strony modelu niezawisłego sądownictwa, wyjętego spod kurateli PZPR, co może stać się rękojmią praworządności.
Natomiast zupełny marazm panuje przy stolikach gospodarczych. Obie strony zarzucają sobie brak konstruktywizmu w zajmowanych stanowiskach. Wielkie spory wywołał zgłoszony przez „S” postulat indeksacji płac. Sytuację pogarsza jeszcze towarzysząca rozmowom fala strajków, wywołana głównie przez OPZZ, tak że nawet Urban zmuszony był je potępić, jako szkodzące porozumieniu i nie na czasie. Stolik ten bliski jest porozumienia jedynie w sprawie ogłoszenia wolnych cen na artykuły rolnicze.I to chyba tyle, na resztę czekam cierpliwie, tylko czy tej cierpliwości, tak notorycznie nadużywanej w tym kraju nad Wisłą, wystarczy innym?
LISTY DO REDAKCJI
„Szanowna Redakcjo!
Z niesmakiem przeczytałem w „K” nr 118 notatkę pt. „Równi i równiejsi”. Określenia: „beton”, „stalinowiec”, „zbójeckie prawo” bardziej pasują do knajpianej dyskusji przy wódce niż do pisma Związku, którego jestem członkiem. Nie twórzmy nowomowy drugoobiegowej, wszak kultura polityczna powinna obowiązywać wszystkich. Zdaję sobie sprawę, że korespondencję do „KB” nadsyłają czasem ludzie nie mający z pisaniem z pisaniem zbyt wiele wspólnego, ale przecież jest jakaś redakcja, która powinna dbać o styl pisania jak i weryfikować nadsyłane informacje. W tym przypadku część z nich jest po prostu nieprawdziwa. Niech w ślad za poprawiającą się jakością techniczną pisma nastąpi poprawa treści, czego naszemu pismo serdecznie życzę”.
Zawsze cieszyła nas, i cieszy nadal, wszelka korespondencja, adresowana do „K”, bo jest to widomy znak, że pismo jest czytane oraz, co najważniejsze, jego artykuły są komentowane przez PT Czytelników. Ze zrozumiałych względów cieszylibyśmy się, gdybyśmy otrzymywali wyłącznie laurki pochwalne, ale byłaby to droga, wiodąca wprost do samouwielbienia. Tak więc dobrze się dzieje, że czasem otrzymujemy prztyczka w nos. Ale do rzeczy. Postawiono nam zarzut nieweryfikowania zamieszczanych informacji, tak pod względem merytorycznym, jak i stylistycznym.
Prasa „drugiego obiegu” /a więc „K” także/ jest zjawiskiem specyficznym, tak też musi opierać się na specyficznych założeniach. Należy do nich zasada zaufania do swych korespondentów, zrodzona z braku możności pełnego sprawdzania otrzymywanych informacji. Jest to po prostu niewykonalne technicznie – nie mamy akredytowanych dziennikarzy, nie jesteśmy podłączeni do teleksów czy telefaksów. Naszymi informatorami są zwykli ludzie, rozrzuceni po zakładach pracy i instytucjach. Przepływ informacji między nimi a nami ma charakter jednokierunkowy. Gdy więc oni zawiodą, my musimy brać na siebie winę, co niniejszym czynimy. Szkoda, że autor/ka/ listu nie sprecyzował zarzutów nierzetelności z naszej strony – może udałoby się podane fakty ponownie skonfrontować i w przypadku rzeczywistych przekłamań, płynących od nas, przeprosić zainteresowane osoby.
Podobnie jest ze stroną stylistyczną otrzymywanych tekstów. Staramy się do minimum ograniczać w nich swoją ingerencję. Wychodzimy bowiem ze stanowiska, iż każdy ma prawo zabrać głos na łamach wolnego pisma, jakim jest „K” /i to chyba nas różni od prasy oficjalnej/, natomiast nie każdy być musi drugim Stefanem Kisielewskim. Czym innym jest poprawienie przez nas błędu ortograficznego, czym innym będzie usunięcie całych wyrazów czy zdań. Jeszcze raz podkreślamy – „maksimum zaufania” – to nasza zasada. Chcemy też wprowadzić pewną innowację: czasy się zmieniają, odwaga nieco potaniała. Będziemy prosić naszych korespondentów, by teksty dotyczące spraw personalnych podpisywali swym własnym nazwiskiem. W razie czego wiadomo będzie, do kogo kierować pretensje.
Redakcja
Już po napisaniu powyższego tekstu otrzymaliśmy wiadomość, że przedstawiliśmy w niewłaściwym świetle sprawę M. Leśnego. Przed przeprowadzeniem się do „górniczego” bloku nie był on lokatorem spółdzielczego mieszkania na os. XXX-lecia /jak napisaliśmy w „K”/, ale je wynajmował. Za tę pomyłkę przepraszamy.