GŁOS ZZA OCEANU
„W złotej klatce” to książka Tomasza Jastruna o polskiej emigracji na Zachodzie w latach 80-tych. W publikacji znalazł się wywiad, jakiego udzielił autorowi Wacław Sikora, przewodniczący regionu Małopolska w roku 1981. Spełniając życzenie Sikory, który prosi autora o przekazanie tego, co powiedział, czytelnikom w kraju – drukujemy wywiad Wacława Sikory w całości. Tytuł „Głos zza oceanu” pochodzi od redakcji.
– Stypa czy wesele? (wywiad przeprowadzony jest podczas przyjęcia emigracyjnego – red.) – pytam Wacława Sikorę, który w smutnej i trzeźwej zadumie stoi w kącie. Stypa – mówi z przekonaniem. Sikora był przewodniczącym regionu Małopolska. Przed Sierpniem nie interesował się polityką, nie należał jednak do partii, czuł, że to łajdactwo. Pracował w Tarnowie, był technikiem. – Malowałem z ojcem mieszkanie, kiedy usłyszeliśmy przez radio o strajkach. Do końca życia zapamiętam tę białą farbę i pędzel. No i ruszyła szeroka fala… Byłem naprawdę zaskoczony, kiedy 13 maja 1981 roku zostałem przewodniczącym regionu. Powiedziałem wtedy do ludzi – „nie chcę nic wam obiecywać, czeka nas ciężka praca i niebezpieczna droga”. Tak, byłem przestraszony ciężarem odpowiedzialności. Kompromis w marcu 1981 r. uważałem za błąd. Nadmuchaliśmy wielki balon, który pękł i co zostało w naszych rękach? Tak wtedy mówiłem, ale teraz, po czasie, zmieniłem zdanie. Uważam, że dzięki temu kompromisowi zyskaliśmy kilka miesięcy. Wtedy najbardziej bałem się inwazji sowieckiej. Nie należę do ludzi szczególnie odważnych, ale byłem gotowy zginąć, gdyby zaszła taka potrzeba, bez wahania. 13 grudnia wracałem samochodem z Gdańska, zatrzymano nas koło Ostródy. Pamiętam, że pilnowało mnie dwóch oficerów bezpieczeństwa i jeden mundurowy milicjant, czerstwy mężczyzna, widać, że wiejskiego pochodzenia. Siedział zadumany, a kiedy ubecy wyszli, powiedział: „Nie wiem, co o tym myśleć” i rozpłakał się. Internowano mnie. Po kilku miesiącach zupełnie niespodziewanie dostałem przepustkę… Jest bardzo zdenerwowany, chwyta mnie za rękę „teraz opowiem ci, czego nie mówiłem dotąd głośno. I poproszę ciebie, żebyś to przekazał w kraju. To był mój upadek, nadszedł czas, aby o tym wszystkim opowiedzieć.
A więc zaproponowano mi ten urlop, wręczono mi przepustkę. Zdziwiłem się i ucieszyłem, bo tęskniłem za rodziną. Gdy wyszedłem za bramę, podjechał samochód. Wyskoczyli z niego cywilni funkcjonariusze… Wywieziono mnie gdzieś w olsztyńskie, ulokowano w eleganckim domku, pewnie na terenach rządowych. I szantaż „jeżeli pan nam nie pomoże, zlikwidujemy pana. Kiedy pan zniknie, wszyscy pomyślą, że zszedł pan do podziemia, a pan będzie po prostu w ziemi”. Nie chcieli ode mnie wiele, pewnie dlatego ugiąłem się i podpisałem oświadczenie, że jestem za rozwiązywaniem konfliktów społecznych pokojowymi metodami i uważam, że ci, którzy są w podziemiu, powinni się ujawnić. Tak zaczął się najkoszmarniejszy okres w moim życiu. Odwieziono mnie do Tarnowa, gdzie przebywała moja rodzina. Ja jednak od razu pojechałem do Krakowa, poszedłem do biskupa Macharskiego i powiedziałem mu o wszystkim. Zwierzyłem się też kilku najbliższym mi ludziom. Bezpieka wtedy mojego oświadczenia nie wykorzystała, ale uznali, że jestem słaby, że można mnie złamać. I od tego czasu nie miałem chwili spokoju. To ostrzeżenie dla wszystkich, nie wolno przed nimi okazać chwili słabości. Bałem się o swoje życie, a przede wszystkim o rodzinę. Dlatego wyjechałem. Byłem wykończony psychicznie.
Mieszkam teraz w Halt Springs, w Arkansas, pracuję przy montażu w dużej firmie elektronicznej. Jest we mnie duży smutek i dużo wątpliwości, czy dobrze zrobiłem, że wyjechałem, Myślę o kolegach, którzy siedzą w więzieniach.
Tomasz Jastrun „W złotej klatce” Wyd. POKOLENIE 1988 r.