(Nr 42, 1 lipca 1984)

1 Nowa Huta – gospodarcza stolica kulturalnej stolicy Polski. Choć jest podobna w architekturze do Pałacu Kultury i Warszawy, to jednak nie pochodzą z niej ani Wrzodak, ani Macierewicz. Jaka ulga!

2 Wybory – forma spędzania: wyborców… i wolnego czasu. W PRL istniał obyczaj, że „pierwszy wyborca, który zjawił się w lokalu wyborczym” dostawał/a symboliczny kwiatek, systemu „goździk, rąsia, klapa, buźka” (Jan Pietrzak). Ten obyczaj transmitowała telewizja (przepraszamy za wyrażenie) publiczna, więc „pierwszy wyborca” był starannie tresowany: co i jak ma zrobić przed kamerą. Na tym przykładzie można wykazać triumf demokracji i zmian w RP. Obecnie bowiem pierwszy wyborca, który trafia do lokalu wyborczego, zamiast goździka dostaje kartę do głosowania… i wolny głos. Tempora mutantur…

Choć rocznica 11.XI. jest dniem powagi i skupienia, zdobądźmy się na chwilę uśmiechu. Oto literacka wizja niezrównanego Sławomira Mrożka, który w taki oto sposób widzi szanse na odzyskanie przez Polskę niepodległości:

„Do Szanownej Organizacji Narodów Zjednoczonych1. W miejscu. Donoszę, że polacy to też murzyni, tylko biali. W związku z niniejszym należy im się niepodległość. Jak by Sz. Organizację raził ten kolor skóry, albo były z tym jakieś trudności, to my się nawet możemy przemalować. W tym celu prosimy Sz. Organizację o transport czarnej pasty do butów marki Kiwi. Że my są biali to nie nasza wina. Tak się złożyło. A nawet sama Sz. Organizacja, jakby szła ulicą i zobaczyła patrol, to by też zbielała na twarzy. Chyba, że Sz. Organizacja ma zamiast twarzy dupę. My tej czarnej pasty nie chcemy nieodpłatnie. Za każde jedno kilo możemy Sz. Organizacji posłać jedną tonę czerwonego lakieru. Sz. Organizacja bardzo lubi ten kolor, a my go mamy duży remanent z importu. No, to będzie obustronne zadowolenie.”

(Nr 111, 9 listopada 1988)

1 ONZ – nowojorski salon spotkań wywiadów: tajnych, jawnych i dwupłciowych.

W podziemiu

W latach 1980-1981 byłem przewodniczącym KZ NSZZ „S” w Kopalni Soli w Bochni. Organizacja związkowa obejmowała prawie 95% blisko 700 osobowej załogi kopalni. Jesienią 1981 roku, mimo napiętej sytuacji politycznej, nie docierały do nas sygnały o bezpośrednim zagrożeniu. Były jakieś podejrzenia dotyczące zakłóceń w funkcjonowaniu telefonów i teleksów, ale nie traktowaliśmy tego zbyt poważnie. W przeddzień ogłoszenia stanu wojennego wyjechałem do brata, który mieszkał w Wodzisławiu Śląskim. O wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziałem się od zapłakanej matki, która wróciła z kościoła. Pamiętam, jak małe dzieci brata narzekały, że telewizja nie nadała porannych bajek. Dla mnie ogromnym problemem stał się powrót do Bochni, gdyż nic funkcjonowała komunikacja. Zacząłem intensywnie poszukiwać taksówkarza, który by mnie zawiózł, ale nie było chętnego. Dopiero po paru godzinach udało mi się namówić jednego za niemałe pieniądze. Był mocno wystraszony, gdy przejeżdżaliśmy przez Śląsk; na ulicach, a zwłaszcza na rogatkach miast, stało pełno wojska i czołgów. Po paru godzinach, nie zatrzymywani, dojechaliśmy w końcu do Bochni.
W mieszkaniu, które wtedy wynajmowałem, dowiedziałem się od wystraszonej właścicielki, że 12 grudnia o godz. 11 w nocy przyszła po mnie milicja. Wtedy zabrałem parę niezbędnych ubrań, mały telewizor i szybko wyszedłem. Noc spędziłem w pobliskim Zakładzie Przetwórstwa Hutniczego (obecnie „Stalprodukt”). Już wtedy działał tam komitet strajkowy, gdyż był to zakład o produkcji ciągłej i protest rozpoczęła nocna zmiana. Na czele stali Orzeł, Oleksiński i Uczkiewicz..
W poniedziałek, 14 grudnia, wcześnie rano przedostałem się do swojej kopalni. Zwołałem szybko Komisję Zakładową, a zaraz potem w dużej sali odbyło się spotkanie załogi. Większością głosów podjęliśmy uchwałę o ogłoszeniu strajku okupacyjnego. Część ludzi była mu jednak przeciwna. Wspierali mnie mocno mój zastępca, nieżyjący już Bolesław Nakielny i Krzysztof Jodłowski oraz Sylwester Jachowicz. Cały teren kopalni został zablokowany, tuż za bramami utworzyliśmy barykady z koparki i spychacza. Rano ksiądz z parafii św. Mikołaja odprawił dla nas Mszę św. na dużej sali. To podniosło trochę ludzi na duchu. O godzinie 10 rano zaczęli z nami pertraktować wojskowi, byli też mocno wystraszeni, bo pod ziemią mieliśmy 3 tony dynamitu. Rozpuściliśmy wtedy plotkę, że jak nas zaatakują, to wysadzimy kopalnię w powietrze. Oczywiście była to bujda, gdyż od razu zabezpieczyliśmy magazyn z materiałami wybuchowymi. Uzgodniliśmy, że rotacyjnie jedna zmiana załogi pójdzie do domu po prowiant i umyć się, a po jej powrocie druga zrobi to samo. Puściliśmy też kobiety z administracji. 
W momencie, gdy część ludzi poszła, nastąpił atak. Jak ludzie zobaczyli wojsko i milicję, zaczęli panikować. Najpierw przez mur przeskoczyła kilkudziesięcioosobowa grupa uderzeniowa. Szybko opanowali różne pomieszczenia, większość z nich zdewastowali. Pracownicy nie stawiali oporu, kilku ludzi zostało jednak pobitych. Większość załogi, ok. 250 osób, zaczęło się koncentrować na dużej sali. Po pewnym czasie grupa uderzeniowa wycofała się, a na teren kopalni wkroczyło ZOMO. Dowodził nim, o ile dobrze pamiętam, pułkownik Ceglarski. Zaczęła się selekcja ludzi na tych, których można wypuścić. Odbywało się to na podstawie wcześniej przygotowanej listy. W grupie internowanych znalazł się Bolesław Nakielny. Potem z domu wzięli jeszcze Teofila Wojciechowskiego.
W pierwszym momencie dołączono mnie do grupy przeznaczonej do zatrzymania. Zostałem skuty i wepchnięty do „suki” z dwoma milicjantami. Zaczęli mnie straszyć, że pojadę na „białe niedźwiedzie”. Jednak po godzinie, gdy już wszystkich rozdzielili, wróciłem do sali. Tam pułkownik odczytywał dekret o stanie wojennym, potem zadawano mu pytania. Następnie zrobili taki szpaler do bramy i każdego indywidualnie legitymowali. Jeszcze kilku ludzi zatrzymali, a reszcie kazali się rozejść. Byłem przekonany, że mnie zgarną, tymczasem kazali mi iść dalej. Wyszedłem za bramę i kilkaset metrów poniżej kopalni spotkałem się z chłopakami. Uzgodniliśmy, że od jutra będziemy znowu strajkować. Nagle dobiegł do nas kolega i krzyczy „Józek, sp…, bo chcą podłogę za Tobą zrywać!” Okazało się, że na liście pułkownika Ceglarskiego była wpisana Józefa Mroczka, a więc szukali dziewczyny. Od początku było widać, że dowodzę strajkiem więc mnie wzięli do „suki”. Ale gdy nie znaleźli mnie na liście, wypuścili za bramę.
Gdy podchodziłem do domu, bo chciałem zabrać jakieś rzeczy, aby iść z powrotem do huty, gdzie jeszcze trwał strajk, zobaczyłem w moim pokoju zapalone światło i jakieś osoby. To mnie uratowało. Gdyby nie zapalili światła, zostałbym schwytany. Wycofałem się, ale nie bardzo wiedziałem, co dalej robić. Przypomniałem sobie jednak, że ksiądz, który odprawiał msze św, na kopalni, mówił, że gdyby coś się działo, to należy dać znak. Poszedłem więc na plebanię do parafii św. Mikołaja. Tam porozmawiałem z proboszczem Wójtowiczem, który zaproponował mi nocleg u siebie. Po dwóch lub trzech dniach pożyczyłem od niego sutannę oraz kapelusz i wyszedłem na miasto. Liczyłem, że może spotkam kogoś ze znajomych, kto pomoże mi się wydostać z Bochni. Nie miałem tam żadnej rodziny.

Strony: 1 2 3 4 5 6