Na ulicy spotkałem jednego znajomego, który długo mi się przyglądał, a potem spytał „Józek, to Ty?” Jednak, gdy chciałem porozmawiać, wystraszony zaraz się oddalił. Ludzie się wtedy jednak bardzo bali. Nie pozostawało mi nic innego, jak wrócić na plebanię. Przebywałem tam prawie do świąt Bożego Narodzenia, Dołączył do rnnie Zbyszek Dulemba, szef Delegatury „S” w Bochni, który też musiał się ukrywać. Zajmowaliśmy wtedy jeden pokój zaraz za kancelarią. Zaczęły do nas jednak docierać sygnały, że milicja zaczyna się interesować kościołem. Pewnego dnia do kancelarii wkroczył kapitan SB i oświadczył księdzu Wójtowiczowi, że wie, iż tu jesteśmy. Słyszeliśmy to wszystko i byliśmy pewni, że zaraz wejdą do naszego pokoju. Jednak nie zdecydowali się przeszukać pomieszczeń. Wkrótce rozesłali za mną list gończy.
Sytuacja robiła się poważna. Zarówno ksiądz Wójtowicz, jak i my uznaliśmy, że trzeba opuścić plebanię. Przenieśliśmy się na drugą stronę ulicy, do mieszkania zajmowanego przez dwie starsze siostry, które udostępniły nam jeden pokój. Nasze wcześniejsze obawy wkrótce się sprawdziły, milicja otoczyła plebanię i trzymała tam przez dwa dni posterunki. Mogliśmy to obserwować ze Zbyszkiem z okna naszego pokoju. Święta spędziliśmy u tych pań.
Pamiętam, że telewizję oglądaliśmy leżąc na podłodze, przykryci kocem, żeby na zewnątrz nie było widać odblasku ekranu. Pokój cały czas był wygaszony, okien nie zakrywaliśmy, żeby nie wzbudzać podejrzeń. W pierwszych dniach stycznia 1982 opuściliśmy to mieszkanie. Pomogła nam się stamtąd wydostać Ewa Szwiec, siostra mojego kolegi Krzysztofa. Mieli oni w rodzinie księdza w Mikluszowicach, który zgodził się nas przyjąć. Tam ukrywaliśmy się przez jakiś miesiąc. Stamtąd przenieśliśmy się na plebanię w Cerekwi nad Rabą, a następnie na kolejną plebanię w Okulicach, gdzie katechetą był, nieżyjący już, ksiądz Marian Kwaśniak, a proboszczem ks. Adam Mardeusz. Kontaktowaliśmy się ze światem tylko przez różnych kapłanów. W kwietniu rozstałem się z Dulembą. Nie wiem, gdzie się ukrywał, bo się wkrótce ujawnił i straciliśmy kontakt.Miałem być przerzucony do Marcinkowic koło Nowego Sącza. Pojechaliśmy tam „maluchem” z ks. Kwaśniakiem, ale na miejscu okazało się, że tamtejszy proboszcz nic nie wiedział o naszym przybyciu. Jak powiedziałem mu, jaki jest mój status, absolutnie nie zgodził się, abym tam pozostał. Na szczęście ksiądz Kwaśniak miał we wiosce zaprzyjaźnioną rodzinę, więc postanowiliśmy u niej przenocować. Następnego dnia, z sercem na ramieniu, omijając różne posterunki, powróciliśmy do Okulic, Byłem tam jeszcze kilka dni, po czym pojechałem do Koziej Woli za Tarnowem, gdzie znów mieszkałem u księdza, jego nazwiska już nie pamiętam. Przebywałem tam około miesiąca i dopiero w czerwcu lub lipcu przetransportowano mnie do Krakowa. Tu zdarzyła się sytuacja trochę jak z sensacyjnego filmu. Czekałem w kościele św. Anny, trzymając w ręku połowę banknotu dwudziestozłotowego. Miał mnie odebrać ktoś. kto będzie miał drugą jego część. Po dłuższym czekaniu dosiadł się do mnie człowiek z brakującą połową – był to Wiesław Zabłocki. Pracował wtedy w Arcybiskupim Komitecie Pomocy przy krakowskiej Kurii. Wiesiek wywiózł mnie zaraz do Zagórzan k. Gdowa. Ulokowany zostałem w gospodarstwie należącym do Jerzego i Anny Hlebowiczów. Dla sąsiadów zostałem członkiem rodziny. Nikt się specjalnie nie interesował moją osobą. Uczestniczyłem nawet w pracach polowych, jeździłem traktorem. W Zagórzanach zaczęła się moja właściwa działalność konspiracyjna w ramach podziemnych struktur.
Z ukrycia wyszedłem dopiero 27 grudnia 1984 roku. Wcześniej pertraktowałem z milicją, za pośrednictwem Kurii przez ks. Łomnickiego, żądając gwarancji na piśmie, że nie zostanę aresztowany po ujawnieniu. Byłem już bodaj ostatnim ukrywającym się z dawnego woj. tarnowskiego. Oczywiście nie dali mi gwarancji na piśmie, ale obiecali, że nie pójdę siedzieć, gdy sam się zgłoszę. Zrobiłem to na komendzie MO w Tarnowie

Józef Mroczek

Ten wiersz nie ukazał się w „Kurierku”. Jakoś nie było okazji. Ale, ponieważ napisałem go z myślą o naszym piśmie, podaję go teraz do druku, zachowując ułomną formę i nastrój, jako  dokument emocji i czasu..
I jeszcze jedno. Tyle się dzisiaj mówi o wielkich bohaterach „Solidarności”. I słusznie. Ja jednak chciałbym ten wiersz poświęcić pamięci Zdzisława Wachla, bohatera nieznanego. Człowieka nader skromnego, a zasług niepospolitych. Dzielnego i cierpliwego. Zdzichu już nie żyje, umarł cicho i bez nagród. Nigdy się zresztą o nie nie upominał. Tak, jak żył i jak pracował dla wolnej Polski – bo trzeba. Nie zdążyłem mu powiedzieć: dziękuję… za piękny przykład prostej, walecznej postawy. Może teraz usłyszy..

>

powinienem zanotować strach z wezwania ojca do szkoły z przyczyny „złego zachowania” z pierwszego przesłuchania na placu Wolności z Korbielowa gdzie pijani górale katowali brzozowymi pałkami
niewinnego przechodnia z krakowskiego rynku 13 maja 1982 gdy gaz wlewał się do gardła z nocnej wizyty i rewizji badaczy łupieżu z odkrycia że Tadeusz Różewicz jest agnostykiem i nie ma nadziei z informacji usłużnej że przyjaciel młodości już jest płatnym z wiedzy o tym że kobieta ma ciało które można pieścić z poezji Rafała Wojaczka przed którą nie ma ucieczki z rozmowy z Piotrem Skrzyneckim (oby nie dowiedziała się Joanna) kiedy jasnym się stało jak smutny i samotny jest najmądrzejszy z ludzi w czarnej szacie błazna i stoikaz samotnego wyjazdu Wojtka Bellona w stronę mrocznej Bukowiny z małej i błahej sprawy która okazała się ostatnią
i ma już wymiar ostateczny Bochnia, 27 maja 1986

Andrzej Pacuła

Nakład 150 egz. + 2 dla potomnych.

Sprostowanie: Ten egzemplarz ukazał się pod numerem 123, a powinien nosić numer 124. Pamięć ludzka jest omylna – zapomnieliśmy,    że numer 123 ukazał się jeszcze w 1989r. Przepraszamy

Strony: 1 2 3 4 5 6