15 grudnia 1981 r.
Około trzeciej wstaję dzwonią po mnie koledzy. Kilka osób przychodzi po przepustkę aby opuścić zakład. Nie wydajemy żadnych przepustek. Przychodzą informacje, że kilka osób uciekło przez siatkę. Atmosfera coraz bardziej nerwowa. Prawie wszyscy strajkujący zdają już sobie sprawę z nieuchronnej interwencji sił porządkowych. Mimo to podczas głosowań prawie wszyscy opowiadają się za pozostaniem w zakładzie. Kierownictwo zakładu usiłuje wręczać pracownikom karty militaryzacyjne zakładu. Prawie nikt ich nie przyjmuje. Jesteśmy umówieni ze strażą robotniczą że w razie zbliżania się „sił porządkowych” dadzą znać gdzie trzeba i zostaną uruchomione syreny alarmowe.
Jest wtorek 15 grudnia 1981 r. W godzinach południowych docierają do nas informacje, że rozbito strajk w Kopalni Soli i Zakładzie Naczyń Kamionkowych. Zostaliśmy ostatni w Bochni i jak się później okazało ostatni w województwie tarnowskim. Po raz któryś z kolei rozpoczynają się wspólne modlitwy na hali. Oddaję dokumenty i pieniądze jednemu z kolegów, aby w razie czego przekazał rodzinie. Wszystkie drzwi do hali są zadrutowane. Na wniosek jednego z kolegów polecam uruchomić suwnice i przy każdych drzwiach ustawić kilkutonowy krąg blachy tak by nie można było taranować wejść. Wywołuje to ogromne zamieszanie bo niektórzy myślą, że strajk przerwany, ale szybko to wyjaśniamy. Przychodzi jeden z elektryków i mówi, ze wystarczy w razie czego nacisnąć jeden guzik i zgaśnie światło na całej hali. Odradzam mu to. Dochodzą nas słuchy, ze władze najbardziej się boją wytwórni wodoru bo ktoś puścił plotkę, że w razie interwencji wysadzimy ją w powietrze. Samobójcami to my nie jesteśmy.
Około 13-tej przeraźliwym dźwiękiem odzywają się syreny alarmowe. Napięcie dochodzi do zenitu. Wszyscy schodzą się w jedno miejsce tam gdzie jest nagłośnienie przy końcu hali wzdłuż linii przygotowania kręgów. Znów rozpoczynają się modlitwy. Przemawiam do ludzi prosząc o zachowanie spokoju i bierny opór. Dzwoni telefon. Dyrektor informuje, że w zakładzie są siły porządkowe i ich dowódca żąda, aby pracownicy opuścili halę. Odpowiadam, że przekażę tą informację pracownikom, zapytam ich o zdanie i przedzwonię do dyrektora. Na zapytanie kto jest za pozostaniem na hali podnosi się las rak do góry. Dzwonię do dyrektora i informuję go, że załoga nie ma zamiaru opuszczać hali. Po chwili podchodzi do mikrofonu jakaś kobieta i prosi w imieniu dzieci pozostających w domu, aby kobiety mogły opuścić halę. Podchodzę do mikrofonu i pytam co o tym myślą. Padają różne głosy. Poddaję propozycje pod głosowanie. Większość głosuje za opuszczeniem przez kobiety hali. Do mikrofonu podbiega Barbara Więckowska. Płacze i prosi aby opuściły halę tylko te kobiety, które chcą i muszą reszta, żeby pozostała.
Tymczasem grupa rozjuszonych zomowców pacyfikuje budynek dyrekcji. Kierownictwo zostało u siebie w biurach nie zeszło na halę mimo naszych zaleceń. Otwierają drzwi butem wyrywając zamki, każą wszystkim kłaść się na brzuchu na podłodze. Jeden z elektryków protestuje w imieniu swojej sekretarki, która jest w zaawansowanej ciąży. Wywołuje to furię e zomowca i nie skutkuje. Kilka dni potem kobieta ta poroniła. Przed halą do uzbrojonego w karabin zomowca podchodzi Jan Kaleta. Rozdziera koszulę na piersiach i mówi strzelaj s…synu. Nie wytrzymuje przewraca się i traci przytomność. Interweniujący mają dwie karetki, ale nie ma kto wydać pozwolenia na udzielenie pomocy. Ktoś wzywa lekarza zakładowego i ten się zajmuje Kaletą.
Dzwonię do dyrektora i informuję, że część kobiet zamierz opuścić halę. Wyjdą brama koło walcarki. Dowodzący pacyfikacją przez dyrektora wydaje zgodę. I na moje naleganie zapewnia bezpieczeństwo wychodzącym. Część kobiet wychodzi, ale dużo zostaje. Przez otwartą bramę wchodzą zomowcy. W hełmach z tarczami, pałkami. Prowadzi ich dyrektor w asyście dwóch oficerów. Idą od walcarki przez nawę między liniami A i B l. Jeden z pracowników bierze mikrofon i rozpoczyna modlitwę. Jesteśmy skupieni w jednej gromadzie około 1500 – 2000 pracowników. Częściowo nas otaczają. Wchodzą na podesty linii. Dowodzący coś krzyczy do nas, ale zagłusza go miarowe „Zdrowaś Mario, łaski pełna…” W pewnej chwili modlitwa ustaje. Ktoś z tłumu zawtórował „Jeszcze Polska nie zginęła…” Wszyscy śpiewają, ile tchu, choć niektórym jak gdyby obręcz na gardle się zaciskała. Inni śpiewają przez łzy. Umilkły słowa hymnu. Z głośników znów popłynęły słowa modlitwy. Znów oficer coś krzyczy o rozejściu się, ale niewiele go słychać.
W pewnym momencie z głośnika słychać: „A teraz pomodlimy się za tych, co interweniują, aby Matka Boska zdjęła im blachę z oczu i aby przejrzeli. Zdrowaś Mario…” Oficerowie nie wytrzymują, z furią przepychają się do kantorka, gdzie jest mikrofon. Wymachują pistoletami temu, który prowadzi modlitwy, w końcu wyrzucają go na zewnątrz. Stoję kilka metrów od kantorka. Porucznik bierze do ręki mikrofon. Przychodzi mi na myśl, aby przeciąć kabel od głośnika, ale stoję za daleko i nie mam czym przeciąć. Z głośnika słychać: „zgromadzenie jest nielegalne i proszę się rozejść!” Odpowiada głuche milczenie. Powtarza kilkakrotnie. To samo. Zauważam, że obok mnie stoi jakiś człowiek w cywilu. Za chwilę po bezskutecznych nawoływaniach do rozejścia się wołają mnie do kantorka. Podchodzę, wymachuje pistoletem i usiłuje zerwać mi z klapy emblemat Solidarności. Szarpie i nie może jej zerwać – jest mocno zaczepiona. Mówię mu, żeby zostawił, że sam ściągnę bo mi podrze kurtkę. Odpinam i chowam do kieszeni. Nawołuje po raz kolejny do rozejścia się. Głuche milczenie. Zwraca się do mnie, abym przemówił, do ludzi, żeby się rozeszli. Z początku odmawiam, ale po jakimś czasie biorę mikrofon i mówię: O tym co będzie dalej zadecydujecie sami, Ja uważam, że powinniśmy się rozejść. Jesteśmy otoczeni przez przeważające uzbrojone siły. Decyzja należy do was. Odkładam mikrofon, ktoś z tłumu krzyknął – „zdrajca”.
Ludzie zaczęli się rozchodzić. Chcę wyjść z kantorka. Dokąd? Pada pytanie. Do kolegi po papierosa odpowiadam. Wyciąga paczkę klubowych i daje mi zagradzając równocześnie drogę do wyjścia. Biorę jednego papierosa i zostaję. Tłum zaczyna rzednąć. Do kantorka podchodzi mój zastępca Eugeniusz Oleksiński. „Pan do kogo?” – pada pytanie. „Kolega przewodniczący nie może sam zostać” – odpowiada. „Jeśli go bierzecie, to ja idę z nim”. ” – A pan kim jest?” – pyta oficer. „V-ce przewodniczący Komisji Zakładowej, Eugeniusz Oleksiński” – pada opowiedz. ” -To prosimy z nami”.
Większość ludzi już opuściła halę. Wyprowadzają nas na zewnątrz, przed halę, idziemy przez szpaler zomowców do zaparkowanego nieco dalej „gazika”. Wsiadamy. Z krótkofalówki słyszę: meldunek dla kapitana K. „Akcja dobiega końca. Zatrzymano trzy osoby”. Odpowiedzi nie słyszę, gdyż wyłączają krótkofalówkę. Z samochodu, w którym jesteśmy, sprzedają dla uczestników pacyfikacji kanapki z pasztetową po 7 złotych. Proponują również nam, bo nie wiadomo, kiedy będzie posiłek. Odmawiamy. Po głowie ciągle chodzi mi myśl, kto jest trzecim aresztowanym (później okazuje się nim I szy sekretarz KZ PZPR Jan Klassa). Wyjeżdżamy z zakładu w kierunku Tarnowa. Przychodzi odprężenie i ulga, że strajk już skończony. Teraz już nie muszę odpowiadać za innych.