Funkcjonowały dwa rodzaje śluz. Dla funkcjonującej poczty i łączności kolportażowej były to skrzynki (mieszkania) niepowiązane z żadną strukturą. Istniała oddzielna grupa, która zajmowała się szukaniem samych takich skrzynek. Np. w Gliwicach, Jadzia Rudnicka (obecna Senator PiS) dostała od śp. o. Jana Siemińskiego (redemptorysty) adres dwóch sióstr, byłych łączniczek AK – śp. Marty Preisner (zmarła w wieku 102 lat) i śp. Heleny Totalande. Obydwie miały wtedy ponad 90 lat. Ta skrzynka była regularnie obsługiwana raz w miesiącu. Inną skrzynkę – śluzę prowadziła pani Gostkowska, wdowa po profesorze politechniki (przedwojennego dra Politechniki Lwowskiej). Tam z kolei odbywały się kontakty pomiędzy różnymi gliwickimi organizacjami. Do „Profesorowej” dzwoniło się i ona podawała termin spotkania, pamiętając o kodach (przesuwała odpowiednio dni i godziny). Rozmawiało się o węglu, zakupach, krawcowej, gotowaniu itp. sprawach. Warto wspomnieć o rewelacyjnej śluzie Ireny Witeszczakowej. Mieszkanie przy ul. Bohaterów Getta w Gliwicach, dwa kroki od dworca spełniało rolę śluzy (bazy) spotkaniowej. Ktoś przyjeżdżał na Górny Śląsk, przychodził z hasłem, pani Irena gościła herbatą i kanapkami, a gość czekał, aż po sprawdzeniu „ogonów” łącznik odbierał go i odprowadzał na kolejną śluzę. Do Jadwigi Chmielowskiej przechodziło się (w zależności od grupy, która załatwiała spotkanie) nawet przez osiem śluz. Gwarantowały one bezpieczeństwo wszystkim kontaktującym się. Były też śluzy aktywne. Wtedy osoby kontaktujące się nie miały ze sobą fizycznego kontaktu; jedna osoba przynosiła coś na daną „skrzynkę” (śluzę), z kolei upoważniony łącznik z tej „skrzynki” (pośrednik) przenosił ładunek do innego mieszkania, a stąd już odbierał kolejny łącznik. W razie wpadki, nawet gdyby ktoś zaczął sypać i została nakryta cała grupa, to na aktywnej śluzie wszystko się urywało. Nie było tzw. reakcji łańcuchowej. Trzeba przyznać, że wpadek w samej „SW” było mało. Wpadało się przede wszystkim przy kontaktach ze związkową „Solidarnością”, w której niezbyt rygorystycznie przestrzegano zasad konspiracji. Na szczęście SB, z nielicznymi wyjątkami, nie wiedziała wtedy, że w jej łapy wpadli członkowie „SW”.
Ważnym elementem był też wywiad „SW”. Systematycznie prowadzono nasłuch radiostacji i łączności MO i SB. Słynęła z tego głównie wrocławska centrala, która łamała kolejne szyfry sb-ckie. Funkcjonowały komórki prawnicze, w skład których wchodzili nie tylko adwokaci i sędziowie, ale i prokuratorzy. Wyjątkowo dobrze takie zabezpieczenie działało na Górnym Śląsku. Ze względu na bezpieczeństwo kontaktów, te struktury obsługiwane były osobiście przez szefa Odziału Katowickiego Jadwigę Chmielowską i jej łącznika.
We Wrocławiu i Trójmieście udało się pozyskać do współpracy z „SW” nawet oficerów SB, od których czerpano cenne informacje operacyjne. Dzięki kadrowości organizacji i stosowaniu bardzo rygorystycznych zasad konspiracyjnego BHP, wpadki w „SW” były stosunkowo rzadkie, a jeśli nawet się zdarzały, nigdy nie zahaczyły o strukturę wywiadu. Dlatego ustrzegliśmy się lawiny agentów, co było ogromnym problemem w podziemnej „Solidarności”, gdyż do ruchu społecznego, jakim była „Solidarność” – mógł przyjść każdy, z czego PRL-owskie służby bezpieczeństwa skrzętnie korzystały.
Swoje uczestnictwo w sierpniowych przemianach roku 1980 zacząłem w tworzących się Małopolskich strukturach Solidarności Rolniczej. Pomagałem ojcu, Jerzemu Hlebowiczowi, który zakładał w najbliższym terenie wiejskie i gminne koła NSZZ RI i był nawet we władzach wojewódzkich. Nie miałem jeszcze wtedy 18 lat…
31 sierpnia 1982 roku wraz z kolegą, Stasiem Dembowskim, pojechaliśmy do Gdańska, gdzie wzięliśmy udział w demonstracjach ulicznych, określonych jako największe w stanie wojennym. Wiele osób aresztowano, my także wpadliśmy w łapy ZOMO. Wożono nas od komendy do komendy, z aresztu do aresztu. Nigdzie nie było miejsc, gdyż wszystkie cele zostały zapełnione aresztowanymi w tym dniu demonstrantami. Po paru godzinach spędzonych w zatłoczonej „suce”, bez jedzenia, picia i uwzględnienia potrzeb fizjologicznych (jechaliśmy stojąc „na śledzia”), dowieziono nas do więzienia w Starogardzie Gdańskim, gdzie znaleźliśmy tymczasowy „dom”. Wielogodzinne przesłuchania, „dowody przestępstwa” (najczęściej kamienie i kostka brukowa, opisane i obmierzone przez SB-ków), bicie i poniżanie, wyjście na posiedzenie tzw. kolegium karnego parami w kajdankach, parodia procesu i wyroki po parę tygodni aresztu z zamianą na grzywnę. Więc rodziny wykupywały bliskich, gdy tylko dochodziły słuchy o aresztowaniu. Spędziłem w celi ok. dwóch tygodni. Z początku w 12-osobowej celi było nas… ponad 30 osób! Siedzieliśmy z kryminalistami, którzy odnosili się do nas z wielkim szacunkiem, jako do „politycznych”. Wielu z nich miało na koncie zabójstwa, gwałty i kradzieże. Jednak wspominam ich bardzo pozytywnie. Grzywnę za mnie zapłacił wujek z Gdańska, Marian Hlebowicz. Po paru tygodniach wezwano mnie na powtórne kolegium w tej samej sprawie. W Gdańsku zgłosiłem się do księdza Jankowskiego, który w razie potrzeby obiecał pomóc finansowo oraz prawnie. Jednak „wyrok” pozostawiono ten sam i następnegol dnia byłem już w domu.