Zanim związałem się z „SW” w 1983 roku, działałem już w paru podziemnych strukturach. Początkiem mojej „prawdziwej” działalności podziemnej było lato 1982, kiedy to do naszego domu w Zagórzanach społeczny pracownik Krakowskiej Kurii Metropolitarnej Wiesiek Zabłocki przywiózł poszukiwanego listem gończym członka bocheńskich władz „Solidarności”, Józka Mroczka. 13 grudnia 1981 roku był on na liście do internowania, lecz uciekł z zakładu pracy i od tej pory zaczął się ukrywać. Tułał się po różnych skrytkach, dopiero u nas zagrzał dłużej miejsca, ukrywał się w naszym domu ponad rok. Postanowiliśmy coś wspólnie zrobić. Po nawiązaniu łączności z podziemnymi strukturami Bochni i Krakowa (Józek dał mi swoje kontakty), zaczęliśmy wydawać gazetę „Kurierek B” (biuletyn Terenowej Komisji Wykonawczej w Bochni), którą kolportowano w Bochni, Brzesku, Tarnowie, a także w Krakowie i Nowej Hucie. Z poznanymi wówczas bocheńskimi działaczami przyjaźnię się do dziś. Byli to: Józek Mroczek, Jerzy Orzeł, Stanisław Kurnik, Teofil Wojciechowski, Krzysiek Szwiec, Ewa i Zbyszek Rojkowie… Następnie nawiązaliśmy współpracę z nowohuckim biuletynem „Solidarność Zwycięży”, organizując jego dodruk na Bochnię, Tarnów i Brzesko. Po pewnym czasie weszliśmy do redakcji tego biuletynu i wzięliśmy na siebie druk całego nakładu. Trzeba tu dodać, że „Solidarność Zwycięży” stała się w końcu biuletynem Krakowskiego Oddziału „Solidarności Walczącej”.
Początkowo drukowaliśmy na ramce, ta technologia była bardzo pracochłonna i mało wydajna. Najpierw na maszynie do pisania perforowało się matryce białkowe, te zakładało się na specjalną ramkę. Farbę przeciskało się wałkiem, i żmudnie, kartka za kartką była zadrukowywana. Twórcą biuletynu „Solidarność Zwycięży” był Marian Stachniuk, działacz nowohuckich struktur podziemnej „Solidarności”, oraz jeden z liderów Krakowskiej „SW”.
Na pierwszy kontakt z „Solidarnością Walczącą” pojechałem do Wrocławia chyba wiosną 1983 roku. W konspiracyjnym mieszkaniu (pani Macielińskiej?) czekał na mnie tajemniczy osobnik w podeszłym wieku. Były umówione hasło i odzew, jednak po ich wypowiedzeniu starszy pan dalej mi nie dowierzał i pytał o krakowskich działaczy oraz o inne szczegóły, które powinienem znać. Długo trwały te badania. W końcu zostałem zaakceptowany i od tej pory stałem się przez długie lata regularnym kontaktem pomiędzy Krakowem i Wrocławiem. Jeździłem do Wrocławia raz w miesiącu, woziłem informacje i bibułę na wymianę, spotykałem się z działaczami wrocławskiej „SW”. W tym miejscu muszę zdradzić, iż tym tajemniczym osobnikiem był Stefan Morawiecki (zbieżność nazwisk z Kornelem), żołnierz AK i członek WiN-u, więzień polityczny lat pięćdziesiątych, członek SW. Z nim, jego żoną Władzią oraz całą ich rodziną – córką Małgosią (Aurelią) i jej mężem Jurkiem Lemańskim oraz synem Jankiem Morawieckim przyjaźnimy się do dziś.
Do Gdańska i Sopotu kursowałem także raz w miesiącu. Kontakt ze strukturami Trójmiasta miałem przez rodzinę Markowskich z Sopotu (Irena i syn, Piotr oraz pan Wojciech Kozłowski, znany lekarz, przyjaciel Markowskich). W tym przypadku spotykałem się nie tylko z działaczami „SW”. Oczywiście, wymienialiśmy się prasą podziemną i informacjami.
Do roku 1985 udawało mi się skutecznie unikać czynnej służby wojskowej. Dzięki lipnym zaświadczeniom lekarskim obniżyłem kategorię, jednak w 1985 roku zostałem przyparty do muru – chciano wziąć mnie na dwa lata do koszar. Stając wtedy przed komisją WKU powiedziałem wręcz, że wolę do więzienia niż do takiego wojska. Sądziłem, że posadzą na dwa lata. O dziwo, nie zareagowali; na wiosnę 1986 roku znów wezwanie i decyzja – dla takich jak ja zorganizowano eksperymentalny hufiec pracy (zastępcza służba wojskowa) w Myślenicach. Poniedziałek-piątek – praca fizyczna przy drogach, chodnikach i na zaporze wodnej w Dobczycach (ujęcie wody pitnej dla Krakowa na rzece Rabie), sobota i niedziela – tzw. szkolenia w czarnych mundurach (musztra oraz inne idiotyzmy). Nazywaliśmy siebie „organizacja Todt”. Istotne było to, że codziennie po pracy przyjeżdżałem do domu i cośkolwiek zarabiałem (połowa stawki pracowniczej). Pracowaliśmy z normalnymi brygadami robotników. Myślałem, że to koniec mojej działalności podziemnej. Okazało się jednak, że byłem w błędzie: dwuletni pobyt w służbie alternatywnej miał się okazać wspaniałą przykrywką dla pracy konspiracyjnej! Drukowałem, jak dawniej, w sytuacjach ekstremalnych brałem wolne z pracy – dla niektórych majstrów wystarczyła butelka wódki za dwa dni usprawiedliwionej nieobecności w firmie. Co najważniejsze, miałem wojskowe ulgi przy zakupie biletów kolejowych i autobusowych (bodajże 50 %), więc moje wyjazdy do Wrocławia i Gdańska stały się o połowę tańsze. Czasami bywałem też z misjami w Poznaniu, Koninie, Warszawie, Przeworsku, Jarosławiu, Brzózie Królewskiej.
W latach 1985-1986 nasza krakowsko- nowohucka struktura „Solidarności Walczącej” skrystalizowała się na dobre. Główny trzon organizacji liczył ponad 10 osób (zaprzysiężeni członkowie, jednak do dziś ta liczba nie jest pewna), współpracowników i sympatyków „SW” było zapewne paręset osób. Wymienię tylko kilka nazwisk najbardziej aktywnych członków „SW” w Krakowie: Marian Stachniuk, jeden z „wodzów” naszej struktury, twórca biuletynu „Solidarność Zwycięży”. Do zmiany nazwy, „SZ” miała winietę jego pomysłu; Marek Biesiada, Krzysztof Ochel (po dekonspiracji został jawnym przedstawicielem, umarł w latach 90.); Piotr Warisch (artysta plastyk, robił większość plakatów, winieta oraz opracowanie graficzne gazety „Solidarność Walcząca Zwycięży” to jego dzieło); niezastąpiony Zbyszek „Edziu” Nowak, drukował ze mną w tajnym Zagórzańskim bunkrze parę ładnych lat, był nawet przez pomyłkę aresztowany, wzięto go raz za znanego podziemnego działacza Edwarda Nowaka; Władek Głowa, Ewa Tarnawska-Wiejacha, Andrzej Tarnawski (brat Ewy), znany krakowski prawnik, był przygotowany do bronienia nas w razie wpadki i ewentualnych procesów sądowych. Zostawiliśmy u niego czyste kartki ze swoimi podpisami, by w razie aresztowania mógł napisać w naszym imieniu pełnomocnictwa i być od razu formalnie naszym adwokatem. Współpracował z „SW” i mój ojciec, Jerzy Hlebowicz, oraz szwagier Jan Bryjak (oprócz tego, że pomagali budować bunkier, wozili papier, maszyny poligraficzne, a także wydrukowane gazety do Krakowa, Bochni); w wiejskiej posiadłości Anety i Stasia Pietruszków w Gruszowie odbywały się ważne spotkania konspiracyjne, a zorganizowany tu sylwester roku 1983/84 zapamiętają działacze Bochni, Krakowa i Nowej Huty chyba na całe życie. Proboszcz gruszowski Kazimierz Puchała nie dość, że ukrywał u siebie na plebanii zagrożonych działaczy (m.in. Józka Mroczka), to jeszcze dzielił się z nami otrzymywaną z Kurii Metropolitarnej w Krakowie pomocą humanitarną. Setki kilogramów solonego masła i pomarańczowego sera, oleju sojowego oraz mleka w proszku i innych rarytasów (a wtedy prawie wszystko było na kartki) rozwoziliśmy do rodzin osób aresztowanych i represjonowanych, do drukarzy i naszych członków, którzy byli w potrzebie. Była też odzież i obuwie.