Na początku drukowaliśmy, gdzie popadło: u przyjaciół w domku letniskowym (Ewa Tarnawska), u emerytowanego pułkownika WP Raka w Wieliczce, czasem w domu w Zagórzanach. Jednakże w domu bardzo rzadko, tylko w ekstremalnych sytuacjach; należało bardzo uważać, zwłaszcza po rewizjach, które krakowska SB-cja przeprowadziła u nas w 1983 i 1984 roku. Na szczęście nic wtedy nie znaleźli, a ukrywający się Józek Mroczek zdołał uciec z domu (dotarł wtedy na plebanię do Gruszowa, gdzie ukrył go ksiądz Puchała. Po kilku dniach, gdy się u nas uspokoiło – wrócił). Podczas rewizji udało mi się wynieść przez okno do parku wszelkie materiały i maszynę do pisania, w czasie gdy ojciec zajmował smutnych panów w drugim pokoju. Nasz dom był starym dworkiem z XVIII wieku. Stanowił kompleks z zapleczem gospodarczym (parę budynków, w środku ogromne podwórko ze stawem). Pod jednym z budynków („pracownia”) postanowiliśmy wybudować tajną drukarnię w formie bunkra z sekretnym wejściem w progu. Prace rozpoczęliśmy jeszcze zimą 1982/1983 z Józkiem Mroczkiem, a pracami budowlanymi kierował Witold Bator, inżynier budowlany i pszczelarz zarazem, który hodował pszczoły w naszym sadzie. Ziemię woziliśmy do parku i rozsypywaliśmy na dużej powierzchni, by nie wzbudzać podejrzeń sąsiadów. Ostatecznie bunkier miał ok. 10-12 m2 powierzchni, ponad 2 metry wysokości. Na jego wykonanie potrzeba było parę ton drutu zbrojeniowego i cementu (w tym czasie na cement i materiały budowlane należało mieć przydział z gminy, inaczej nie sposób było kupić – po prostu kombinowaliśmy różnymi sposobami, takie były czasy) i parę kubików desek na podłogę. Z budową związani byli również mój ojciec Jerzy, Józef Janiszewski i Witold Bator z Krakowa, Marian Stachniuk i Zbigniew („Edziu”) Nowak z Nowej Huty. Marian zdobył potrzebne fundusze, a Edziu zajął się instalacją elektryczną i systemem odprowadzenia z bunkra zbędnej wody (zwłaszcza po deszczach).
Od 1984 roku w tajnej drukarni „Wilno” im. Gen. Okulickiego „Niedźwiadka” ruszył druk gazet, biuletynów, ulotek, plakatów, książek i innych rzeczy. W początkowym okresie mieliśmy powielacz na matryce białkowe – ręczny (od Kazimierza Świtonia), a następnie elektryczny, później jednak pojawił się długo oczekiwany offset, jeśli dobrze pamiętam, na początku 1985 roku. Co prawda stary i wysłużony, do tego pożyczony od struktur nowohuckiej Solidarności. Psuł się czasami, lecz jakoś dawaliśmy sobie z nim radę, choć nie było do niego żadnej instrukcji obsługi ani rysunku technicznego. Nigdy przedtem nie widziałem offsetu na oczy, a tu nagle trzeba było drukować. Krok po kroku, błąd po błędzie jakoś nauczyliśmy się go obsługiwać i szaleliśmy dniami i nocami. Blachy robili nam usługowo metodą proszkowego nakładania na starych kserografach. Jakość była niezła, lecz ta metoda miała swoje mankamenty: nie wychodziły zdjęcia ani duże czarne powierzchnie. Litery nie miały idealnie równych krawędzi, czasami nie wszędzie równo rozłożył się proszek i bywały bledsze miejsca. Ale w porównaniu z powielaczem białkowym czy ramką lub sitodrukiem był to przeskok technologiczno-jakościowy o epokę. Oczywiście, idealną jakość dawały blachy światłoczułe z należytą obróbką fotograficzną (dobrze zrobione diapozytywy i właściwe naświetlenie na blachę oraz wytrawienie – zasada sodowa – i utrwalenie – kwas ortofosforowy).
Dopiero po 1986 r. nauczyliśmy się fotograficznej obróbki blach. W tym celu pojechałem razem z Jadwigą Chmielowską na szkolenie do tajnej drukarni poznańskiego oddziału „SW” (Maciej Frankiewicz), gdzie posiedliśmy tę umiejętność. Od tej pory byliśmy samowystarczalni. Zakupiliśmy fotograficzny aparat skrzynkowy formatu A5 – NRD-owską „Globicę” (harmonijkowy), kliszę fotograficzną ciętą o małej czułości (dającą duży kontrast), lampy do oświetlenia makiet przy fotografowaniu, halogeny dla naświetlania blach oraz odczynniki fotograficzne i chemiczne, zapas czechosłowackich światłoczułych blach offsetowych. Mieliśmy więc wszystko na miejscu, w Zagórzanach. Robiliśmy przyzwoite blachy, ze zdjęciami. Makiety pisaliśmy na dobrym, białym papierze na maszynie elektronicznej „Erica” (także z NRD) przez taśmę węglową. Była to nowość na rynku, dostaliśmy ją od „SW” z Jastrzębia. Chmielowska załatwiła większy transport z Berlina, w nim posłano kilka nowoczesnych maszyn do pisania. Drukowaliśmy za to dla Górnego Śląska biuletyn „PUNKT”, którego redaktorem naczelnym był Krzysztof Łucyk z Bytomia. Jak widać, struktury, choć każda była niezależna i zakonspirowana, jednak ściśle ze sobą współpracowały. Specjalnie dobierani łącznicy nie byli znani tym, z którymi się kontaktowali. W razie wpadki jedna grupa była całkowicie odcięta od innych. W niektórych strukturach były też przygotowane osoby do zadań specjalnych. To ci ludzie nawiązywali kontakt ze „spalonymi grupami”.
Jakość makiet przygotowywanych na profesjonalnym sprzęcie była idealna. Wcześniej makiety pisaliśmy na normalnych maszynach mechanicznych, poprzez taśmę z tuszem. Mieliśmy ich parę, w tym jedną dał nam ksiądz proboszcz Kazimierz Puchała z Gruszowa. Sam zaproponował, choć został bez maszyny w parafialnej kancelarii… To była pierwsza nasza maszyna. Potem doszła jeszcze jedna, przedwojenna, która pracowała w czasie AK-owskiej konspiracji. Jadwiga Szaniawska (matka Jadwigi Chmielowskiej) przygotowywała na niej matryce dla biuletynów w Stanisławowie. Tradycje zostały przejęte. By drukować, i to bardzo duże ilości gazet, broszur, ulotek i wszelkiej literatury, potrzebny był zapas papieru i farba drukarska. O ile w sitodruku można było korzystać z farby kombinowanej (kombinacja pasty do prania „Komfort”, sadzy z pieca, odrobiny farby offsetowej – choć gazety śmierdziały tak, że trudno je było wozić), to w technice offsetowej należało mieć farbę oryginalną. Papier mieliśmy z paru źródeł: z zakupu w sklepach – jednakże nie wolno było kupować od razu dużych ilości za jednym razem, gdyż to od razu wzbudzało podejrzenia i groziło wpadką. Tak więc w zakup papieru zaangażowane były całe rodziny, znajomi; spore ilości papieru trzymali dla nas nieżyjący już księża – proboszcz Adolf Chojnacki z Krakowa-Bieżanowa Starego oraz proboszcz parafii w Mistrzejowicach (Nowa Huta) Kazimierz Jancarz. Furgonetką „tarpan” papier woził nam wspomniany już pszczelarz, Witold Bator. Znał skróty do Krakowa, gdzie nie było patroli milicji (należy zaznaczyć, że na samym początku stanu wojennego rogatki na drogach oraz pozwolenia na przejazd np. z gminy do gminy czy do drugiego województwa były zjawiskiem powszechnym) i nigdy nie zdarzyło się, by nasz transport został zatrzymany. Farbę załatwiał nam pracownik krakowskiej drukarni i także działacz podziemia – Maciej Łazarów. Za łapówkę od magazyniera. Farba była bardzo poszukiwanym towarem w podziemiu; „płaciło” się nią za papier, blachy i inne materiały potrzebne w poligrafii. Wymiana towarowa pomiędzy różnymi komórkami podziemia była na porządku dziennym. Papier był także powszechną zapłatą za usługi drukarskie. W domu u Fryderyki i Macieja Łazarów w Krakowie także była drukarnia oraz miejsce przechowywania ludzi. Przemieszkiwało tu wielu ukrywających się działaczy podziemia, zwłaszcza z Wrocławia, w tym członkowie „SW”. Pamiętam, że w piwniczce u Łazarów mieszkali m.in. Piotr Bielawski i Jan Seń, którzy po ucieczce z więzienia w Rzeszowie-Załężu w lipcu 1982 r. jakiś czas melinowali się także w domu Ewy Tarnawskiej-Wiejachy w Prokocimiu. Fryderyka jest z wykształcenia plastyczką, wykonała w linoleum wiele plakatów, które były drukowane przez całą rodzinę, z dziećmi włącznie. Myśmy również korzystali z jej linorytów.