W 1985 lub 1986 r. naszą tajną drukarnię odwiedził członek Izby Gmin z Wielkiej Brytanii. Niestety, nie pamiętam jego danych osobowych. Przywiózł go do Zagórzan samochodem Marian Stachniuk. By nie zapamiętał drogi i żeby ustrzec się ewentualnego „ogona” bezpieczniaków, jeździli kilka godzin różnymi drogami (z Krakowa do Zagórzan jest 35 km, autobusem ok. godziny jazdy). Już nie pamiętam, czy założyli mu opaskę na oczy i w jakiej porze dnia przybyli na miejsce. Anglikowi bardzo się drukarnia spodobała; zademonstrowaliśmy mu cały proces drukowania (akurat było coś do zrobienia). Był zachwycony, i obiecał sprawy podziemia nagłośnić w Wielkiej Brytanii, ewentualnie zorganizować jakąś pomoc sprzętową. W 1986 roku, chyba latem, Marian miał lecieć do Anglii. Chciał tam popracować parę miesięcy i spotkać się z naszym gościem w celu omówienia ewentualnej pomocy dla naszej struktury. Jednak z tych planów nic nie wyszło: gdy wsiadał wraz z żoną Martą do samolotu, na lotnisko podjechała służba bezpieczeństwa i aresztowała go za słynną sprawę „terrorystów”. Stachniuk został zadenuncjowany przez działacza „Solidarności” Marka Hebdę. Jak się okazało, Marek Hebda był agentem SB. Natomiast członek naszych struktur kolportażowych – Zdzisław (Adam) Hebda, załamał się co prawda w śledztwie i złożył zeznania w „sprawie terrorystów”, lecz nie zaszkodził zbytnio głównym oskarżonym. Marian Stachniuk oraz Jerzy Orzeł zostali uznani jako główni sprawcy wykrytej przez SB akcji. Przypisano im przygotowywanie „aktu terrorystycznego” (miano wystrzelić z armatek prochowych ustawionych na dachach setki tysięcy ulotek w czasie demonstracji). Ze względu na zbieżność nazwisk, na początku napisałem, iż to Zdzisława Hebdę podejrzewano o współpracę z SB. Jednak po konsultacjach i sprawdzeniu faktów okazało się, że w tej sprawie pojawiły się dwie osoby o tym samym nazwisku. Pragnę więc Zdzisława Hebdę przeprosić za pomyłkę.
Z księdzem Adolfem Chojnackim spotykałem się w tych czasach bardzo często. W 1985 roku w bieżanowskim kościele, gdzie proboszczem był ksiądz Chojnacki – rozpoczął się strajk głodowy wielu znanych działaczy solidarnościowych. Głodówkę prowadzono rotacyjnie – jedni przyjeżdżali, drudzy wyjeżdżali. Chciano w ten sposób zwrócić uwagę na represje władz względem społeczeństwa, zniewolenie narodu. Strajk trwał kilka miesięcy, uczestniczyli w nim zazwyczaj „spaleni” działacze podziemia, mający za sobą aresztowanie i odsiadkę. Z protestujących pamiętam m. in. Annę Walentynowicz, niewykluczone, że byli także Gwiazdowie. Wielu konspiratorów rwało się do Bieżanowa, chcąc poprzeć strajkujących, lecz był kategoryczny zakaz nawet zbliżania się do kościoła, groziło to bowiem dekonspiracją. Wszędzie kręcili się tajniacy, dniem i nocą fotografowali wchodzących i wychodzących z pomieszczeń służących za miejsce głodówki. Ksiądz Chojnacki stał się dla Kurii Metropolitarnej w Krakowie kłopotliwym kapłanem. Naciski władz zrobiły swoje – księdza Adolfa przeniesiono do parafii w Juszczynie koło Makowa Podhalańskiego, z nadzieją, że straci znaczenie jako kapłan opozycji – do Krakowa było daleko, tereny raczej rolnicze. Mylono się srodze. Na msze odprawiane przez księdza Chojnackiego waliły tłumy, nie tylko z Krakowa; ludzie przyjeżdżali z różnych zakątków Polski. Milicja obstawiała drogi i sypała bez powodu mandaty kierowcom samochodów z obcymi rejestracjami, które przybywały na uroczyste msze. Nie zrażało to jednak przybyszów. W tych okolicach mieszkają twardzi ludzie, górale. Do dziś panuje tu kult sławnego „Ognia”, Józefa Kurasia. Były sytuacje, że Służba Bezpieczeństwa wybierała się do Juszczyna kilka razy, by wziąć księdza Adolfa na przesłuchanie. Rozpuszczano wtedy wici na całą okolicę i na SB-ków czekała gromada ludzi z siekierami, widłami, kosami. A z góralami tajniacy zadzierać nie chcieli… Ksiądz Chojnacki mówił mi kilkakrotnie o zamachach na jego życie. Jeździł wtedy samochodem „syrena”, często wieczorami. Zdarzały się rzucane w samochód cegły i kamienie, odkręcano koła, notorycznie przebijano opony. Od oficera (chyba kapitana) bielsko-bialskiego SB – Kazimierza Sulki, oraz z innych źródeł ksiądz dowiedział się, że istniała specjalna lista przeznaczonych do likwidacji księży niewygodnych dla władzy. Lista miała kryptonim „Kruk”. Ksiądz Chojnacki na niej figurował. Jeśli mnie pamięć nie myli, otrzymaliśmy od niego wypis listy, który opublikowaliśmy. Sulka drogo zapłacił za ujawnienie tajemnicy: koledzy zamknęli go w więzieniu, dostał wyrok. To cud, że nie został zlikwidowany fizycznie: za taką zdradę organy bezpieczeństwa zazwyczaj „usuwały” niewygodnych świadków, nie wybaczano wynoszenia i ujawniania tajemnic poza resortem. Sulka nie „zniknął” głównie dzięki nagłośnieniu sprawy przez księdza Chojnackiego i organizacje międzynarodowe. Adwokat Sulki z Krakowa (bodajże Andrzej Rozmarynowicz) spotkał się w mieszkaniu sędzi Ewy Gaberle – koordynatora „grupy prawnej” śląskiego podziemia, z Jadwigą Chmielowską – przewodniczącą Oddziału Katowickiego „Solidarności Walczącej”. Pokazał jej dostarczone przez Sulkę ulotki szkalujące księdza Chojnackiego, a produkowane przez SB. Sulce postawiono zarzut kryminalny – „kradzież siatki z kopalni”. Na apel Chmielowskiej o nagłośnienie sprawy Sulki, odpowiedziało wiele biuletynów podziemnych, nie tylko związanych z „SW”. Do dziś sprawa „akcji KRUK” nie została wyjaśniona, powinien się tym zająć Instytut Pamięci Narodowej.
Nasza prasa trafiała także do archiwów Biblioteki Jagiellońskiej w Krakowie. A to za sprawą naszego przyjaciela, Adama Rolińskiego, który tam pracował. Zbierał wszelkie podziemne druki i wewnątrz biblioteki utworzył tajny zbiór, który poszerza i w czasach współczesnych na dużą skalę. Dzięki niemu Biblioteka Jagiellońska ma jeden z największych zbiorów tego typu w Polsce.