Wspomnienia Piotra Hlebowicza

 

Konspiracja

Jeśli chodzi o zasady konspiracji, które staraliśmy się przestrzegać, najlepszymi dla nas przykładami do naśladowania była działalność konspiracyjna Józefa Piłsudskiego (jego wskazówki na ten temat są dostępne w literaturze) oraz Armii Krajowej. Jak pokazało życie, zasady konspiracji nie zmieniły się w ciągu ostatniego wieku, także pozostały niezmienione zasady pracy policji politycznych. Jedynie technika poczyniła ogromne kroki naprzód. W tym czasie żyło jeszcze sporo osób działających w czasie wojny w AK (a po wojnie w WiN-ie i NSZ-cie), niektórzy z całą energią zaangażowali się w podziemie solidarnościowe, działali w „Solidarności Walczącej”. Służyli radą, pokazywali, jak ustrzegać się inwigilacji, wpajali podstawowe zasady bezpieczeństwa. Najbardziej chyba znaną postacią z tego kręgu był Józef Teliga, ukrywający się działacz podziemia. Dwukrotnie aresztowany w stanie wojennym, był najstarszym więźniem politycznym w PRL-u. W czasie wojny kapitan AK, szef wywiadu i kontrwywiadu w okręgu Świętokrzyskim. Nie dojechał na słynne spotkanie przywództwa Polski Podziemnej w Pruszkowie z generałem sowieckim Pimenowem, i tym samym uniknął  losu „szesnastu”. Miałem zaszczyt z panem Józefem blisko współpracować, często bywał w Zagórzanach wraz z panią Antoniną Komorowską. Dał mi dużo rad, dzięki czemu moje życie konspiracyjne upływało spokojnie i bez wpadek. Józef Teliga był założycielem podziemnej organizacji OKOR (Ogólnopolski Komitet Oporu Rolników) i wydawcą biuletynu „Żywią i Bronią”, który parę razy drukowaliśmy. Byłem także członkiem OKOR-u, a Józef Teliga ściśle współpracował z „Solidarnością Walczącą”, często spotykał się z Kornelem Morawieckim i jego otoczeniem. Z JózefemTeligą współpracował blisko działacz rolniczy „OKOR”-u, Józef Baran z Krakowa (po aresztowaniu wyemigrował do Norwegii). Z Józkiem kontaktowałem się często przy okazji planów wydawniczych „Żywią i Bronią”. Na pana Teligę mówiliśmy zazwyczaj „dziadek Teliga”. W tej strukturze pracowała również Lucyna Lubańska.
W połowie lat osiemdziesiątych współpracowałem ze środowiskiem prawniczym na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na prośbę pani profesor Anny Radzikowskiej przygotowałem i wydałem (na ręcznym powielaczu Świtonia) dwa numery biuletynu „Głos Wolny, Wolność Ubezpieczający”. Oczywiście, materiały do gazety dostarczyli prawnicy uniwersyteccy. Jeśli dobrze pamiętam, „Głos Wolny….” po jakimś czasie przekształcił się w znane w całej Polsce pismo „Paragraf”. Z pismem związani byli m. in. Józek Mroczek, Wiesiek Zabłocki, i chyba Kaziu Barczyk.
Od samego początku postanowiliśmy tak zorganizować naszą pracę podziemną, by służby bezpieczeństwa nie miały możliwości nas rozpracować. Tak więc, o naszej drukarni wiedziało bardzo wąskie grono osób, część struktury organizacyjnej „SW” w Krakowie nie miało nawet pojęcia o tym, kto i gdzie zajmuje się drukiem. Oprócz tego, że drukowaliśmy, po części wchodziliśmy w skład redakcji „Solidarności Zwycięży” („SZ”), a także braliśmy udział w politycznych pracach „SW”. Wydrukowaną „bibułę” woziło się na określone mieszkania kontaktowe w Krakowie i Nowej Hucie. Nie wolno było się kontaktować z osobami, które brały nakład do szerokiego kolportażu – najwięcej „bibuły” szło do kombinatu metalurgicznego (wtedy im. Lenina, dziś Sendzimira). Większość kolporterów nas nie znała.
Mieszkania kontaktowe (tzw. skrzynki) miały różne przeznaczenia. Jedne służyły do pozostawiania bibuły w celu jej dalszego rozprzestrzenienia, drugie na spotkania kierownictwa „SW” i struktur podziemnych, jeszcze inne jako magazyny papieru, farby, części zamiennych do maszyn drukarskich. W specjalnych „melinach” zbierały się redakcje gazet i biuletynów pod pozorem imprez, istniały także mieszkania, w których spotykaliśmy się z przedstawicielami innych ugrupowań podziemnych. Nie mogli oni znać naszych „skrzynek” operacyjnych. Najważniejszymi skrzynkami były mieszkania: Eli Ziemniak, gdzie odbywały się najważniejsze zebrania Krakowskiej „SW”, jak i redakcji „SZ”; Joli Kurnik w Bieżanowie (kierunek Bocheński, baza informacyjna redakcji „Kurierka B”), Janiny Kłak i jej córki, Anny Mroczek w Bieżanowie Starym; w Prokocimiu domy Ewy Tarnawskiej-Wiejachy i jej brata – Andrzeja Tarnawskiego, adwokata; mieszkania mojej cioci śp. Ireny Strzałkowskiej, oraz brata mojego dziadka śp. Jana Hlebowicza w Podgórzu. Takich adresów było o wiele więcej, lecz pamięć jest zawodna. Na kierunek Bochnia – Brzesko – Tarnów mieliśmy stałego kuriera, emeryta Zdzisia Wachela z Bochni. Nigdy nie zawiódł, nawet w ekstremalnych sytuacjach. Biedak zmarł kilka lat temu. Był wzorem konspiratora. Gospodarze „skrzynek” zazwyczaj nie angażowali się zbytnio w czynne prace podziemne, by nie „spalić” mieszkania. A jednak byli jednymi z ważniejszych ogniw konspiracji. W większości „skrzynek” kontaktowych mieliśmy umówione sygnały na wypadek najazdu SB-cji i zorganizowania przez bezpiekę wielogodzinnych „kotłów” (w tak zastawioną pułapkę każdy był wpuszczany, lecz już pozostawał tam mieszkaniu przez wiele godzin). Doniczki, zasłony, różne przedmioty na oknie lub ich brak mówiły nam, czy możemy bezpiecznie wejść, czy musimy natychmiast się ulotnić i zawiadomić innych o grożącym niebezpieczeństwie. Przynajmniej dwukrotnie uniknąłem „kotła” i dekonspiracji dzięki takim sygnałom.
Idąc na spotkania musieliśmy mieć oczy otwarte na wszystkie cztery strony świata. Zawsze zwracaliśmy uwagę na podejrzane znaki rejestracyjne (były pewne wyróżniki literowe na rejestracjach służbowych samochodów SB, które mniej więcej znaliśmy), i uważaliśmy na ewentualny „ogon” (śledzenie przez funkcjonariuszy). W razie zauważenia inwigilacji, należało zrezygnować ze spotkania lub zgubić „ogon”, co było ryzykowne. Parę razy, jadąc autobusem z Zagórzan do Krakowa, zauważyłem na przystanku „dziwną” postać, która chodziła za mną po mieście, czasem przekazywała mnie innemu SB-kowi. To było na tyle dla mnie widoczne, że w takiej sytuacji godzinami bez celu kręciłem się po mieście, wodząc za sobą nieudolny „ogon”, a następnie wracałem do domu. Spotkanie w tym wypadku przekładane było na termin późniejszy. Dzięki takiemu zachowaniu (wiele razy podobne sytuacje zdarzały się kolegom z naszego środowiska) mieliśmy do końca czyste konto (bez wpadki).
Sporą wiedzę konspiracyjną uzyskałem także od żołnierzy IV i V Wileńskich Brygad AK („Szczerbca” i „Łupaszki”). Na rocznicowe spotkania z okazji operacji „Ostra Brama” od 1986 roku jeździłem do Gdańska wraz z profesorem Leszkiem Bednarczukiem.
Bardzo pożyteczną publikacją dla ludzi podziemia okazał się „Mały Konspirator”. Wydany na początku stanu wojennego, był swego rodzaju vademecum informacji o zasadach sprawnego i bezpiecznego konspirowania, a także o przysługujących prawach obywatelskich w czasie zatrzymania, przesłuchania i innych podobnych sytuacji. Okazało się, że nawet w PRL-u mieliśmy jakieś prawa, o których nasza „kochana” władza nie raczyła nas powiadomić!!! Tak więc milicja i SB mieli prawo wejść do domu tylko w określonych godzinach i to z nakazem prokuratora. Kto tego nie wiedział, wpuszczał hordę o każdej porze dnia i nocy, bez dokumentu, a potem nawet się nie skarżył, gdyż nie był świadom przysługujących mu praw. W czasie przesłuchania obywatel miał prawo do odmowy zeznań, jednak sporo ludzi załamywało się, nie wiedząc o tym. W trakcie rewizji poszkodowany miał prawo do powołania świadków, którzy mogliby SB-kom patrzeć na ręce. Zdarzało się bowiem, że funkcjonariusze tajnych służb podrzucali różne „materiały dowodowe”, by mieć pretekst do zatrzymania itd., itp. Słyszałem, że „Małego Konspiratora” opracował prawnik oraz późniejszy Premier RP – Jan Olszewski. „Mały Konspirator” okazał się nadzwyczaj pouczającą i pożyteczną lekturą.

Strony: 1 2 3 4 5 6 7 8