Miałem kilka pseudonimów, które używałem w kontaktach z resztą członków „SW”, oraz w publikacjach: „Hrabia”, „Żmudzin”, „Piotr Wysocki”. Dla kontaktów wschodnich posługiwałem się pseudonimem „Paweł Podolski”. Oczywiście nie mogliśmy ujawniać swoich prawdziwych nazwisk, gdyż groziło to dekonspiracją i aresztowaniem.
W podziemnej konspiracji mieliśmy masę podstawowych zasad, których należało przestrzegać. Staraliśmy utrzymywać wstrzemięźliwość w spożywaniu alkoholu, gdyż znaliśmy przykłady namierzania przez SB i aresztowania całych redakcji nielegalnych pism i struktur podziemnych z powodu częstego zaglądania do kieliszka i nadmiernego gadulstwa. Ograniczaliśmy uczestnictwo w demonstracjach i różnego rodzaju imprezach patriotycznych, ponieważ tam można było bardzo łatwo wpaść w ręce tajnych służb, czasami zupełnie przypadkowo. Pamiętam przyjazd Papieża w 1983 roku i mszę na krakowskich Błoniach. Poszliśmy wtedy całą grupą i w czasie mszy rozwinęliśmy duży transparent z „nieodpowiednim” hasłem. Po jakimś czasie podchodzi do nas paru panów, wyrywają transparent, trzech chwyta mnie za ręce i nogi, tyleż samo kolegę, i ciągną w nieznane miejsce. Są pewni siebie. Wyrywamy się, lecz jest ich za dużo. Reszta kolegów zaczyna reagować, szarpią się z SB-kami i nawołują tłum do patriotycznej postawy. Nie trzeba długo czekać – parę osób rusza z odsieczą, jakaś starsza kobieta z okrzykiem „bandyci, mordercy!” okłada po kolei SB-ków ciężką torebką, przydatne stają się parasolki i kijki od transparentów. Stopniowo jesteśmy odpuszczani, tajniacy dostają po łbach i grzbietach, w końcu salwują się ucieczką. Zwycięstwo. Lecz także sygnał ostrzegawczy, że nie możemy się afiszować. Głupota. Sporo wpadek zdarzało się przez zapisywanie adresów, telefonów i robienie notatek w kalendarzykach i notatnikach. To był szczyt głupoty. Tak więc wszelkie dane należało mieć w głowie, a niektóre informacje zapisywane były jakimiś kodami, które znaliśmy tylko my, a i tak nie przechowywaliśmy ich u siebie w domu; adresy zostawiało się zazwyczaj u kogoś z rodziny, niezwiązanego z ruchem podziemnym.
Niepisana umowa z redakcjami i drukarniami niektórych podziemnych pism, (z którymi współpracowaliśmy) zakładała, że w razie wpadki którejś z nich, pozostali starają się zastąpić nieszczęśników. A więc redagują (w podobnym stylu, redakcje na wszelki wypadek miały zapasowe teksty i materiały na kilka numerów) i drukują gazetę dalej. Aż do skutku, znaczy – kompletnej dezorientacji aparatu bezpieczeństwa. Mieliśmy parę takich przypadków. Pamiętam, wpadła ekipa nowohuckiego biuletynu „Hutnik”. Wydaliśmy chyba dwa numery podszywając się pod nich. SB-cja zgłupiała i szybko ich wypuściła. I „Hutnik” znów szalał.
Po 1987 r. otrzymaliśmy za pośrednictwem środowiska „Baza” (Warszawa) nowiutki offset AB DICK. Był najwyższy czas, gdyż pożyczony wcześniej offset należało zwrócić. To była wspaniała maszyna. Pełna automatyka, niezawodność. Przyszedł ze „zrzutu” (przywieziony prawdopodobnie ze Szwecji). Wiedzieliśmy, że niektóre szlaki przerzutowe kontrolowane są przez PRL-owskie służby specjalne, szczególnie złą sławą cieszył się szlak z Brukseli (szef Brukselskiego biura „Solidarności” – Jerzy Milewski, jak się potem okazało, był agentem). Niektóre offsety i powielacze miały „pluskwy” (mininadajniki), dzięki którym SB-cja mogła namierzyć drukarnie. Sprawdziliśmy na wszelki wypadek nasz nowy nabytek, offset okazał się czysty i służył aż do roku 1991.
Bodajże w 1983 roku (a może 1984) z inicjatywy naszego środowiska powiązanego z pismem „Solidarność Zwycięży”, powstało „Porozumienie Prasowe Solidarność Zwycięży” (PP”SZ”), do którego weszły gazety: z Bochni („Kurierek „B”, redagowany przez Józka Mroczka, Jurka Orła, Krzyśka Szwieca, Jolę i Stasia Kurników, Teofila Wojciechowskiego i innych; ja także uczestniczyłem w kolegium redaktorskim), Tarnowa („Tarnina”), Wrocławia („Vade Mecum” – ale to już grubo później; w skład redakcji wchodzili Małgosia i Jurek Lemańscy, Władzia Morawiecka, znany satyryk Stanisław Szelc oraz ja), Podkarpacia – „OSA” (biuletyn redagował Roman Sroka, bliski współpracownik „SW”, aresztowany w 1984 r.), Krakowa – szkolny „Nasz Głos” (wydawali go licealiści Paweł Tarnawski, Tomasz Wiejacha i Anna Dresler przy współpracy Andrzeja Garapicha), Konina – „Solidarni Konin” (Paweł Kotlarski). Po 1985 roku zaczął też wychodzić „Dodatek Polityczny”, który był kolportowany razem z „Solidarnością Zwycięży”. Po aresztowaniu Mariana Stachniuka w 1986 roku („sprawa terrorystów”, wyrok za ustawione na dachach domów wyrzutnie prochowe do rozrzucenia ulotek) postanowiliśmy z czasem zmienić tytuł naszego biuletynu z „Solidarność Zwycięży” na „Solidarność Walcząca Zwycięży”, by tym samym pokazać naszą identyfikację z organizacją „Solidarność Walcząca”. Przedstawiciele niektórych krakowskich i nowohuckich środowisk podziemnych zareagowali natychmiast – straciliśmy kilka struktur kolportażowych i byliśmy czasami określani jako terroryści lub ekstremiści. Jednakże po pewnym czasie przełknęli tę „żabę” i wszystko wróciło na swoje tory.
Przez długi okres wykonywaliśmy dodruk na Małopolskę najpopularniejszego chyba w Polsce pisma podziemnego i najbardziej znanego – „Tygodnika Mazowsze”. Nasz kurier regularnie kursował do Warszawy, skąd przywoził najprzeróżniejszą prasę oraz gotowe blachy tygodnika. Obiecano nam w Warszawie, że możemy liczyć w przyszłości na offset z transportu zagranicznego (warszawskie środowisko było zawsze pierwsze, jeśli chodzi o kolejkę do sprzętu, ochłapy oddawali czasem na „prowincję”). Dodruk (spory nakład – parę tysięcy) robiliśmy za darmo i na swoim papierze, wykorzystywaliśmy do kolportażu swoją siatkę. Wydawcy tygodnika byli bardzo zadowoleni z naszej aktywności, gdyż zdarzyło się kilkakrotnie, iż „Tygodnik Mazowsze” wyszedł wcześniej w Krakowie niż w Warszawie. Lecz gdy po pewnym czasie przypomnieliśmy o danej obietnicy, odpowiedziano nam negatywnie. Dodruk z naszej strony się skończył, „Tygodnik” pokazywał się, co prawda, okazjonalnie w Krakowie, lecz w małym nakładzie i kiepskiej jakości (na sicie). Dopiero środowisko warszawskiego pisma „Baza” podzieliło się z nami otrzymanym sprzętem, przekazali nam wspomniany już „AB DICK”. Dopiero niedawno poznałem małżeństwo Pernachów z Warszawy, którzy, jak się okazało, działali w wydawnictwie „Bazy”, i to właśnie oni przekazali nam offset.